Gdy za oknem szaro, buro i deszczowo, jak to często bywa w ostatnich dniach, wrócić by się chciało do słonecznych dni, takich jak podczas pewnej styczniowej wyprawy, kiedy to pogoda dopisała niespotykanie kursowi „Półtora”.

Kursanci w Żywiecko Kysuckim
Pogoda tym razem dopisała nam jak nigdy wcześniej na wyjazdach

Chodzi mianowicie o wyjazd w południowe krańce Beskidu Żywiecko-Kysuckiego, tak zwany Worek Raczański. Spotkaliśmy się w piątkowy wieczór w schronisku młodzieżowym w Rycerce Kolonii, żeby razem poopowiadać sobie, co nas czeka, posłuchać kilku referatów, w tym pionierskiego w historii SKPB referatu w formie zdalnej, który – mimo bardzo słabego zasięgu – wygłosił jeden z nieobecnych na wyjeździe kursantów.

W sobotę, wszyscy ochoczo wstaliśmy wczesnym rankiem i odprawiwszy rytuał wspólnego kanapkowania, ruszyliśmy w góry. Od razu wiedzieliśmy, że dzień będzie udany. Słońce przyświecało od samego ranka, śnieg połyskiwał w jego promieniach, a siarczysty mróz szczypał w nosy. Na podejście wybraliśmy rzadko uczęszczaną przez turystów ścieżkę przyrodniczą prowadzącą przez piękny rezerwat Śrubita. Mieliśmy okazję podziwiać zachowany fragment pierwotnej Puszczy Karpackiej – ogromne buki i jodły.

Mimo, że runo było pokryte śniegiem, to rzeczą, która rzucała się w oczy, a także wyraźnie odróżniała rezerwat od otaczającego go lasu wtórnego, było pozostawione do naturalnego rozkładu martwe drewno. Jak się dowiedzieliśmy, odgrywa ono bardzo ważną rolę w ekosystemie leśnym. Myślę, że wielu z nas postanowiło wrócić tam, kiedy wiosna pobudzi do życia całą tę zieleń. Teraz jednak czas było opuścić rezerwat i wspiąć się jeszcze kawałek do szlaku idącego granią w stronę Wielkiej Raczy. Już po chwili wyszliśmy nim na halę Śrubita, gdzie naszym oczom ukazała się pierwsza tego dnia panorama. Oczarowani tym widokiem, zatrzymaliśmy się tam na chwilę, by rozpoznać widoczne szczyty, a gdy nogi zaczęły znów nam marznąć – ruszyliśmy dalej.

Przez większość drogi na Wielką Raczę, widoki stawały się coraz bardziej spektakularne. Będąc już prawie na szczycie, ku ogólnemu zachwytowi, jak na dłoni ukazały się pasma Małej Fatry, Tatr, i jeszcze kilka innych, niezidentyfikowanych na tym etapie wycieczki. Chcieliśmy przyjrzeć się im lepiej z platformy widokowej na Wielkiej Raczy, lecz wtedy pogoda pierwszy raz tego dnia pokrzyżowała nam plany. Nagle znaleźliśmy się w gęstej chmurze, a ze szczytu nie było widać zupełnie nic. Niezniechęceni tym faktem, posililiśmy się w schronisku i zaczęliśmy zejście. Tymczasem zapadł zmrok. Noc jednak była niemniej piękna jak dzień, a księżyc świecił tak jasno, że szliśmy bez czołówek. Zdążyliśmy jeszcze zażyć nieco adrenalinki, gdy po ciemku, bez szlaku szukaliśmy najlepszej drogi do naszego schroniska. W końcu dotarliśmy na dół, do Rycerki Kolonii i do schroniska, gdzie czekała nas jeszcze wspólna uczta (pyszna pulpa), a potem na różne sposoby pojmowany – wypoczynek.

Gdy po porannym oporządzeniu, wyszliśmy ze schroniska niedzielnym porankiem, okazało się – wydawać by się mogło nieprawdopodobne – że dziś niebo jest jeszcze bardziej bezchmurne niż wczoraj! Niewątpliwie wpłynęło to bardzo pozytywnie na morale kursantów, tak jak mały incydent ze zgubionymi kluczami do kuchni, który stał się tematem do żartów na cały dzień. (Zaniepokojonych informujemy, że klucze się znalazły!) Tego dnia, naszym głównym celem była bacówka na Wielkiej Rycerzowej. Aby się tam dostać, musieliśmy z rana podjechać samochodami do sąsiedniej doliny Rycerek. Warunki drogowe były bardzo zimowo-wymagające i nawet ten krótki kawałek, wraz ze znalezieniem miejsca do zaparkowania zajął nam całkiem sporo czasu. W końcu, po wszystkich perypetiach, nieco później niż byśmy chcieli – wyruszyliśmy. Najpierw, dość przyjemnym podejściem, w słoneczku, wspięliśmy się na Bendoszkę Wielką.

Z zachwytu nad widokami, ktoś co chwilę się zatrzymywał, ale dopiero na szczycie przekonaliśmy się z całą pewnością, że dzień ten pod względem widokowym nie ustępuje w niczym wczorajszemu, a wręcz wynagradza nam wczorajszą mgłę ze szczytu Wielkiej Raczy. Szybko nadrobiliśmy zaległości panoramkowe, rozpoznając nie tylko szczyty Beskidu Żywieckiego, Śląskiego i Małego, ale także Małej i Wielkiej Fatry, Tatr Niżnych, a także ukrywających się jeszcze trochę za grupą Wielkiej Raczy – Tatr Zachodnich i Wysokich. W tych idealnych warunkach, przy ogrzewających nas promieniach słońca, spędziliśmy chwilę, kontemplując ten widok. Jednak czasu do zmroku nie mieliśmy wcale tak dużo, musieliśmy więc ruszać dalej. Zawitaliśmy jeszcze na chwilę do schroniska na Przegibku, aby potem ruszyć grzbietem Wielkiej Rycerzowej ku jej szczytowi. Po drodze, kilka razy mieliśmy okazję powtórzyć sobie nazwy charakterystycznych szczytów dobrze wciąż widocznej Małej Fatry – Wielki Rozsutec i Stoh. Kiedy dotarliśmy na Halę Rycerzową i naszym oczom ukazały się znów Tatry, akurat zachodziło słońce. Widok był to wprost bajeczny, lecz wraz z nastaniem zmierzchu zaczęło robić się też coraz zimniej, pospieszyliśmy więc do bacówki na upragniony posiłek. Powrót do samochodów, jak zwykle upłynął nam już w ciemnościach. Wszyscy jednak, pokrzepieni wspaniałymi widokami, piękną pogodą minionego dnia, a także racuchami bądź fasolką z bacówki, żwawo pośpieszyli na dół. I tak, szczęśliwie zakończył się nasz wyjazd w Worek Raczański. Niezaprzeczalnie, jeden z najpiękniejszych dotychczas widokowo wyjazdów tego kursu.

autorka tekstu: Matylda Kurska
zdjęcia: Sebastian Marczak