Skałkowi w Beskidzie Małym
Luty to miesiąc, w którym większość turystów spodziewałaby się w górach dużej ilości śniegu, niskiej temperatury i warunków sprzyjających uprawianiu sportów zimowych. Tymczasem nasz kolejny wyjazd kursu SKPB Katowice w Beskid Mały przypominał raczej wiosenny spacer!
Słoneczna pogoda, śpiew ptaków, pierwsze pąki na drzewach i krzewach… Jednym słowem (pomijając incydent opadowy na Soszowie) kursowa pogoda naprawdę nas rozpieszcza. Ale do sedna. Przyszedł czas, aby ponownie sprawdzić ile potencjału kryje w sobie to niewielkie, lecz urokliwe pasmo należące do Beskidów Zachodnich, położone na pograniczu województw śląskiego i małopolskiego. Czy sama nazwa „Beskid Mały” mówi o tych górach wszystko? Jak ponownie mieliśmy okazję się przekonać – mówi ona zdecydowanie za mało!
Siódmego lutego większa część naszej grupy dociera pociągiem na dworzec kolejowy w Łodygowicach. Natomiast ja i moja śląsko-opolska wesoła kompania próbujemy dojechać autem na czas (niestety tym razem to się nie udaje). Pociąg zatrzymuje się na stacji około 20:15. Kursanci, żądni wiedzy i kolejnej przygody, wysiadają w doskonałych humorach. Następuje przygotowanie do wędrówki, czyli dostosowanie ubioru do pogody, przyszykowanie czołówek i ostatnie poprawki przy swoim ekwipunku. Ach! Zapomniałabym o najważniejszym… maszyna losująca poszła w ruch! Nasi przewodnicy Łukasz i Tomek przekazali pierwsze prowadzenie Dawidowi, który niczym wytrawny gawędziarz potrafi zainteresować chyba każdym tematem swoich słuchaczy (wielka szkoda, że to nie on uczył mnie w szkole matmy). Grupa kursowa z entuzjazmem przysłuchiwała się najważniejszym informacjom o historii miejscowości i jej zabytkach serwowanych przez Dawida w lekko żartobliwym tonie.
Dawid w pierwszej kolejności zaprowadził grupę pod kompleks pałacowo-parkowy, położony nad rzeką Żylicą. I teraz drodzy czytelnicy wyobraźcie sobie taką scenę: dwudziestka kursantów w pełnym turystycznym ekwipunku, z zaświeconymi czołówkami, wędrująca po rozległym parku o zmroku na tle neogotyckiego zamku. Wokół dawne fortyfikacje: pozostałości ziemnych bastionów, wałów i fos. Dodatkowo stosy zalegających, jesiennych liści szeleszczące pod stopami przy każdym stawianym kroku… W takim oto klimacie dołączam z moimi towarzyszami do naszego kursu. Muszę przyznać, że ze względu na swoje zainteresowania architekturą, bardzo ucieszyła mnie możliwość obejrzenia tego pięknego zabytku. Każda z budowli to przecież jakaś opowieść. Za każdą z nich stoi też człowiek i jego niepowtarzalna, wyjątkowa historia. Ja, co prawda, nie zdążyłam wysłuchać referatu na temat pałacyku, lecz przynajmniej udało mi się obejść go dookoła, żeby choć trochę nacieszyć oczy. Naprawdę warto!
Ruszamy w dalszą wędrówkę. Wszak na dziś to jeszcze nie był koniec! Dawid poprowadził nas sprawnie przez kolejny odcinek trasy. Przekroczyliśmy zabytkowy Most Grunwaldzki wzniesiony nad rzeką Żylicą, na którym wmontowano królewskie popiersia Władysława Jagiełły i Jadwigi Andegaweńskiej. Pozdrawiając dygnięciem królewską parę przekroczyliśmy most i mogliśmy już wyraźnie dostrzec przed sobą majaczącą w świetle latarni wieżę XVII-wiecznego, drewnianego kościoła św. Apostołów Szymona i Judy Tadeusza, czyli nasz drugi dzisiejszy cel. To dopiero była perełka!

Ten zabytkowy obiekt sakralny należy do Szlaku Architektury Drewnianej województwa śląskiego. I tu pojawia się ta szczególna ciekawostka, która nie mogła umknąć uwadze naszego kursu – do jej budowy użyto twardego drewna modrzewiowego (aż słyszę w myślach jak nasz kursowy pszczelarz Denis w obronie swoich ukochanych pszczółek mówi – „ścięty modrzew to dobry modrzew!”). Z tym przesłaniem, po szczegółowym omówieniu detali przepięknego kościoła, Dawid zaczął kierować nas powoli w stronę Szkolnego Schroniska Młodzieżowego Zarzecze, gdzie zaplanowano nasz nocleg. Jeszcze po drodze zwróciliśmy uwagę na figurę świętego Ambrożego z ulem – patrona pszczelarzy, co właściwie można byłoby uznać za pewnego rodzaju znak. Patron naszego kolegi stał nieopodal drogi i jakby ostrzegał go „Denis! Coś się szykuje!” Tymczasem on niczego nieświadomy przewiózł w bagażniku z samego Opola swój własny urodzinowy tort w kształcie wielkiej pszczoły. Dodatkowo nasza koleżanka Iga zorganizowała uroczy prezent – pszczółkę wykonaną na szydełku. Jubilat był zaskoczony, ale chyba szczęśliwy (mamy taką nadzieję). Ten wieczór zdecydowanie należał do tych najbardziej udanych. Choć pozbawieni byliśmy towarzyszącego nam zazwyczaj akompaniamentu gitary, postanowiliśmy zorganizować sobie czas jakoś inaczej. Tym sposobem doszło do wyjątkowo udanej rozgrywki „mafii”, podczas której próbowaliśmy odgadnąć swoją sekretną tożsamość. Co uczyniło tą grę wyjątkową, spytacie? Odpowiedź brzmi: Adam – nasz mistrz gry. Chyba nikt z obecnych na wyjeździe nie zdoła tego zapomnieć!
Nastał kolejny dzień (dla niektórych chyba trochę zbyt szybko). Rozpoczęła się typowa poranna krzątanina. Uwijaliśmy się niczym pszczoły w Denisowym ulu. Nasz niezawodny śniadaniowy „dream-team” jak zwykle stanął na wysokości zadania. Ta ekipa podczas każdego wyjazdu pierwsza opuszcza wygodne łóżka i sprawnie działa w każdych warunkach. Jakby tego było mało, serwując nam swoje przepyszne kanapki, pamiętają o upodobaniach żywieniowych każdego z nas. Jesteście najlepsi! Kiedy w stołówce część z nas szykowała śniadanie, pozostali w pośpiechu pakowali swoje plecaki. Jeszcze wieczorem nasi kierowcy za pomocą skomplikowanych wzorów dokonali szacunkowych obliczeń, jak sprawnie przewieźć samochodami część zbędnego w tym momencie ekwipunku, żeby nie trzeba było dźwigać ciężkich plecaków. Dzięki temu nasza wędrówka zapowiadała się wręcz luksusowo☺. Podziękowaliśmy gospodarzom za gościnę, podnieśliśmy plecaki, nastąpiło szybkie przeliczenie i w drogę! Opuściliśmy PTSM Zarzecze zastanawiając się, jaka kolejna przygoda czeka na nas za zakrętem.

Początkowo ruszyliśmy w stronę Czernichowa. Po prawej stronie mieliśmy rozległe wody Zalewu Żywieckiego, jednak widoczność w tym miejscu była niestety mocno ograniczona. Siwe zasłony wisiały od rana w powietrzu i zakrywały nam przepiękne widoki. Po pewnym czasie skończyły się zabudowania i zaczęliśmy poruszać się leśną ścieżką bez oznaczenia szlaku, prowadzącą lekko pod górkę – wystarczająco, aby przyśpieszyć nam tętno i poprawić nieco krążenie Nieprzemakalni już wcześniej wspominali nam, że będziemy wykorzystywać jak najwięcej okazji, aby zaprzyjaźnić się ze swoją mapą i tym, co możemy z niej wyczytać. Po drodze Łukasz sprawdzał czy śledzimy nasze położenie na mapach. Wciąż jeszcze wychodziło nam to różnie, ale od tego jest przecież kurs, żeby się wszystkiego nauczyć. I tak docieramy do żółtego szlaku w okolice Łysego Gronia – tam naszym oczom ukazuje się wspaniały widok na przełom rzeki Soły i dolinę potoku Isepnicy. Oczywiście w centralnym punkcie ona – majestatyczna góra Żar. Jej szczyt o wysokości 761 m n.p.m. dominował pierwszy plan tej urzekającej panoramy. Na sztucznie spłaszczonym wierzchołku mogliśmy dostrzec zbiornik wodny, będący częścią kompleksu elektrowni szczytowo-pompowej oddanej do użytku w 1979 r.
Kiedy spostrzegliśmy przed sobą drewnianą ławeczkę, skorzystaliśmy z niej, aby chwilę odpocząć, a przy okazji móc delektować się widokiem tego, co Beskid Mały oferuje swoim turystom. Piękna, niemal bezchmurna pogoda umożliwiła nam przeprowadzenie standardowej panoramki w małych grupach. Chwyciliśmy ponownie za swoje mapy i do dzieła! Omówienia panoramy na forum kursowym podjęła się Basia. Po kilku dłuższych międzygrupowych negocjacjach i dzięki cierpliwości naszych przewodników zgodziliśmy się w końcu wszyscy ze sobą – co jest czym oraz czym zdecydowanie nie jest ☺. W tym miejscu Dawid mógł już spokojnie odetchnąć, ponieważ jego rolę od teraz przejęła Magda – specjalistka od legend i podań. Jej historie wyjątkowo przypadły nam do gustu w Beskidzie Sądeckim. Podążaliśmy teraz za nią żółtym szlakiem, poprzez małe grzbiety takie jak Gronik i Solisko. Następny dłuższy przystanek miał miejsce pod tzw. Diablim Kamieniem. Oczywiście Madzia miała świadomość, że nie odpuścimy jej, jeśli nie sprzeda nam jakiejś historii na jego temat. Chcąc nie chcąc wskoczyła na jeden z wyższych głazów, a następnie zaczęła gawędę o diable, co leciał na Skrzyczne i upuścił wielki kamień, który spadł właśnie w tym miejscu. My – kursanci, słuchaliśmy jak urzeczeni tej opowieści, a przy okazji zajadaliśmy się naszą ulubioną przekąską składającą się z kabanosów i żelek popijanych herbatą. Pyszności…

Było nam tam tak wygodnie, że przewodnicy stwierdzili, iż to doskonałe miejsce na referat o buczynie karpackiej. Do akcji (a raczej na kamień) wkroczyła teraz Iga – nasza kursowa zielarka, która wygłosiła referat o niesamowitym drzewie, jakim jest buk. Z zaskoczeniem przyjęliśmy informację o tym jak wiele wszechstronnych zastosowań on ma, zwłaszcza w kontekście kulinarnym! Głodni wiedzy rozkręciliśmy dyskusję na temat możliwości wykorzystania buka i innej ogólnodostępnej roślinności do urozmaicenia menu np. podczas letniego obozu. Nasza koleżanka (chyba wykorzystując odrobinę fakt, że zaczynaliśmy być głodni) tak ciekawie opowiadała nam o bukowych przysmakach, że zaczęliśmy poważnie rozważać jej nowatorski pomysł na leśno-bukową pulpę, której nie powstydziłby się sam Panoramix. Teraz tylko pozostaje znaleźć chętnego na niesienie kociołka.

Ale my tu gadu-gadu, a przed nami jeszcze spory kawałek drogi. Magda prowadzi nas dalej przez leśny szlak, podczas którego dostrzegamy kolejne oznaki wiosny tj. rozwijające się pączki leszczyny. Po pewnym czasie mijając polanę Kuflową (wcale niezwiązaną z piwem!) i polanę Koliby, poruszamy się lekko pod górę i docieramy do niebieskiego szlaku, który prowadzi nas na szczyt Czupla 930 m n.p.m. należący do Korony Gór Polski. Kolejna krótka przerwa, łyk herbaty i razem kierujemy się w stronę Schroniska PTTK na Magurce Wilkowickiej. Po drodze jeszcze tylko na chwilę odbijamy lekko ze szlaku, aby móc podejść pod jaskinię „Wietrzna Dziura” lub dla niektórych „Smocza Jama” – jak kto woli.

Wracamy z powrotem na szlak, aby za chwilę dotrzeć do schroniska, gdzie mamy okazję się nieco posilić i zregenerować. W tym miejscu Magda kończy swoje prowadzenie. Po około godzinnej przerwie obejmuje je Mati. Ze schroniska rozpościera się wspaniały widok na Beskid Żywiecki, natomiast w oddali dostrzegamy także Tatry. Wykorzystujemy ten fakt i popełniamy następną panoramkę (tym razem w wersji przyśpieszonej). Słońce zaczyna kończyć swą dzienną wędrówkę po niebie i powoli odczuwamy przy tym spadek temperatury. Bez zbędnej zwłoki wyruszamy dalej niebieskim szlakiem prowadzącym w kierunku Przełęczy Przegibek. Ścieżka momentami jest naprawdę mocno oblodzona. Trzeba było naprawdę bardzo uważać na każdy swój krok, aby nie sprawdzić na własnej skórze, jak nisko może kursant upaść. Na jednym z odcinków zdecydowałam się nawet na szybkie założenie raczków.

Powoli zmierzchało, a przed nami był jeszcze spory kawałek drogi. Dochodzimy do przełęczy, mijamy parking, przy którym mieści się bufet „Gawra”. Miejsce wyraźnie kusi turystów unoszącym się wokół zapachem jedzenia. My, kursanci, mijamy je nucąc w ślad za Matim piosenkę o „Pannie Zosi, co ma w oczach dwa nieba”. Zaczyna się ściemniać, więc szykujemy swoje czołówki i próbujemy trochę przyspieszyć. Wygląda na to, że oblodzone ścieżki zostawiliśmy już za sobą. Mati nie ma łatwego zadania. Grupę powoli zaczyna dopadać zmęczenie, a poza tym zrobiło się też zdecydowanie chłodniej. Zauważyłam wtedy kolejny raz, że kiedy jesteśmy porządnie umęczeni, to z automatu zaczynają pojawiać się u nas myśli o pulpie. Wspomnienie gorącej strawy z podsmażoną na chrupko kiełbasą i ciągnącym się serem pośród kawałków soczystej cukinii… ( Rafał tu pewnie zaprotestuje) Ta myśl za każdym razem skutecznie motywuje żeby podążać dalej. Docieramy do skrzyżowania trzech szlaków, wstępujemy na ten w kolorze czerwonym (Mały Szlak Beskidzki).

Po drodze mamy możliwość podziwiać z góry niesamowicie rozległą i rozświetloną tysiącami świateł sieć śląskich miejscowości, w tym położoną nieopodal Bielsko-Białą. Ten nocny spektakl zrobił na nas pozytywne wrażenie. Docieramy do przełęczy U Panienki, gdzie w nocnej, leśnej scenerii, pijąc resztki swojej herbaty, wysłuchaliśmy pasjonującego referatu Matiego pt. „Natura 2000”. I oczywiście nie zabrakło w nim czego? CIEKAWOSTKI! Nasze ulubione słowo☺ Po niesfornych kaczorach i sprytnych salamandrach plamistych, przyszła teraz kolej na przebiegłą wydrę. Po tym referacie jedno jest pewne – już nigdy nie spojrzę na to zwierzę tak samo! Efekt opowieści Matiego był taki, że na chwilę zapomnieliśmy o trudach wędrówki. Zadziałało! Kiedy podążaliśmy znów dalej przez las, przed nami co rusz odsłaniał się widok (jakby na zachętę, że cel już blisko) na majestatyczny, rozświetlony 35 metrowy krzyż wzniesiony na Hrobaczej Łące na wysokości 828 m n.p.m. Docieramy tam trochę już umęczeni. Mati oczywiście opowiada nam o krzyżu i miejscu, w którym jesteśmy. Żółtym szlakiem schodzimy do miejscowości Żarnówka Mała. Czeka na nas nocleg w Domu Wspólnoty Leśnej, czyli kolejne interesujące doświadczenie. I żeby nie było tak kolorowo, kiedy tylko wchodzimy do środka od razu dowiadujemy się, że po pulpie czeka nas jeszcze omówienie i 3 referaty. Cóż… na samą myśl bił z nas gorący entuzjazm. Ekipa pulpowa udała się do kuchni. Iga odpaliła pulpulator i obliczyła idealne proporcje składników – do dzieła! Nie minęła godzina, kiedy standardowo zebraliśmy się wszyscy nad pulpowym garem, aby zacząć odliczanie i…10… 9… 8… kto raz wędrował z kursem SKPB ten wie co dzieje się dalej. Grześ, Twoje kiełbasiane chipsy zrobiły robotę – poezja!
Do dyspozycji mieliśmy sporych rozmiarów salę na piętrze. Drewniane ławki i stoły rozsunęliśmy pod ściany żeby zrobić sobie miejsce na nasze karimaty i śpiwory. Rozsiedliśmy się wygodnie i walcząc ze zmęczeniem zaczęliśmy omówienie dotychczasowych prowadzeń. Przewodnicy odnieśli się pozytywnie do sposobu prowadzenia i wiedzy wszystkich trzech kursantów. Wskazali oczywiście drobne uwagi i wskazówki do poprawy na przyszłość, ale generalnie nasi koledzy poradzili sobie ze swoim zadaniem bardzo dobrze. Przyszła kolej na referaty. Rozłożyliśmy przed sobą na podłodze mapy Beskidu Małego. Grzesiek sprawnie omawiał przebieg jego granic, a my razem z nim zaczęliśmy wędrówkę palcem po mapie. Po omówieniu granic i głównych pasm Ania wymieniła nam najważniejsze drogi, przełęcze i linie kolejowe przebiegające przez Beskid Mały. I tak dotarliśmy do ostatniego referatu. Ani my – umęczeni kursanci, ani oni – zaprawieni w boju przewodnicy, nie spodziewaliśmy się tego, co nas czeka, a była to wisienka na torcie i kulminacja dzisiejszego dnia, a mianowicie tzw. „esencja o Emilu Zegadłowiczu” – oczywiście w wykonaniu Adama. Żałuję, że nie ma z tego nagrania! Na koniec nikt z nas nie miał już pewności, co w tej opowieści było prawdą, a co fantazją naszego charyzmatycznego mówcy.
Następny poranek znów zapowiadał się dość słonecznie. Ostatnie prowadzenie tego wyjazdu objął Adam. Plan na niedzielę nie był zbyt wymagający, ale miał jeden słaby punkt, a mianowicie ograniczenie czasowe spowodowane kursem autobusu komunikacji miejskiej. Dlatego chociaż bardzo chcieliśmy przejść do kamieniołomu w Kozach, to niestety musieliśmy z niego zrezygnować. Adam rozpoczął z nami kolejną wędrówkę, która w przeważającej części przebiegała bezszlakowo. Ledwie opuściliśmy teren Żarnówki Małej, a już czekało na nas ostre zejście ścieżką pokrytą zalegającymi liśćmi i ruchomymi kamieniami. Znów trzeba było ostrożnie stawiać każdy krok. Po zejściu do doliny – kolejne wyzwanie, czyli przeprawa przez strumień. Stąpając po wystających z wody kamieniach, udało się nam suchą stopą przedostać na jego drugi brzeg.

Co dalej? Jak można było się domyśleć, skoro zeszliśmy ostro w dół, to teraz pewnie dla odmiany czas wejść pod górę! Choć tutejsze szczyty, nie sięgają niebotycznych wysokości, to jednak możemy się nimi zmęczyć. Pokonaliśmy mozolnie ten stromy odcinek, aż w końcu udało nam się wspiąć do niewielkiej miejscowości o nazwie Kosarzyska. Chwila odpoczynku i kolejne zejście – tym razem zboczami Bujakowskiego Gronia. Naszym zadaniem było przedostanie się na równolegle biegnący do naszego – niebieski szlak (udało się ). Tym razem Adam postanowił przeprowadzić nas nieco dłuższym szlakiem, by przy odrobinie szczęścia znaleźć nieco łagodniejszy wariant. Do Ruin Zamku Wołek – naszego głównego celu, pozostał nam tak naprawdę niewielki odcinek. Dotarliśmy do miejsca z tabliczką: „Flisz Karpacki nad Wołkiem”. Ten napotkany przez nas fragment formacji skalnej skłonił Nieprzemakalnych do spontanicznej przerwy. Łukasz postarał się obrazowo i najprościej jak się da omówić z nami skomplikowany proces powstania fliszu karpackiego. Osuwisko skalne odsłoniło przed nami swoje tajemnice – efekt procesu, który dokonywał się w Karpatach przez tysiące lat.

Po niezwykle ciekawej opowieści wróciliśmy do czasów współczesnych, aby dokonać próby bezpiecznego opuszczenia niebieskiego szlaku w kierunku głównego celu naszej wyprawy. Adam, będąc na prowadzeniu, starał się pilnować, aby nikt nie zostawał w tyle i kontrolował czy wszystkim udało się bezpiecznie zejść po jego śladach. Udało się! Zostawiliśmy strome zbocze za sobą i wkrótce dotarliśmy pod tabliczkę na rozstaju ścieżek z napisem „Kobiernice Wołek”. Ruiny średniowiecznego, gotyckiego Zamku Wołek znajdowały się nieopodal na niewielkim wzniesieniu, nad lewym brzegiem rzeki Soły w Kobiernicach. Zamek ten powstał w XIV wieku, a został zburzony około 1477 r. Rozglądamy się po całym terenie i znajdujemy sobie wygodne miejsca, aby wysłuchać opowieści Basi, która przeniosła nas znów w odległe czasy średniowiecza i jego ówczesnych konfliktów. Na zakończenie – referat „Kaskada Soły”, czyli znów temat rzeka. Czas także płynął szybko więc Adam zmuszony był ogłosić zbiórkę abyśmy mogli zdążyć przedostać się miejscową komunikacją z Kóz do Bielska-Białej. Tak zakończyło się nasze drugie kursowe wędrowanie po Beskidzie Małym – paśmie oferującym tak wiele możliwości różnorodnych form wypoczynku, że każdy turysta powinien móc znaleźć w nim coś dla siebie, bez względu na porę roku. Czy jeszcze tutaj wrócimy? Z pewnością!
tekst i foty: Anna Barwińska
redakcja: Jakub Kręcisz
korekta: Mikołaj Bonk