Beskid Makowski zwany Średnim – czy taki średni?
Tak się złożyło, że drugi raz piszę relację z wyjazdu w pasmo, które jest mi słabo znane. W dodatku takie, o którym myśli się „Miniemy je w drodze „do”…” lub nie myśli się wcale. Wciśnięty między popularniejsze pasma, Beskid Makowski wydaje się być mało atrakcyjny i raczej nie przykuwający uwagi. Taki po prostu średni. Czy na pewno? Przekonajmy się. :)
Dni przed wyjazdem zawsze są dla mnie zwariowane i trudne, ale gdy już udaje się wskoczyć w auto, odebrać współpasażerów i pognać w stronę Bogdanówki, radość zdecydowanie dominuje. Ekipę mamy zacną, więc po przybyciu na miejsce rozmowom i śmiechom nie ma końca. Lubię te „dojazdowe piątki”, bo mam wrażenie, że nie możemy się nagadać, mimo że widujemy się co środę na wykładach.
Tym razem nocujemy w szkole, więc ogólne rozbawienie potęguje też fakt, że śpimy na materacach w salach lekcyjnych – bo czy ktoś miał możliwość spać w obecności modelu szkieletu człowieka? Może za dzieciaka, gdy za karę został po lekcjach. ;) To jednak nie klasy stają się miejscem spotkań, tylko – tradycyjnie – kuchnia. Ogromna i dobrze wyposażona. Czujemy, że sobotnia pulpa będzie epicka, a niektórzy widzą nawet potencjał na pieczenie barana.
Od Koskowej Góry do Bogdanówki
Baraniny nie ma, jest za to przygotowany przez Igę makowiec, nawiązujący do pasma, w którym jesteśmy. Wszystko w myśl powstałej wcześniej idei, by na każde pasmo było pieczone inne ciasto, oczywiście w jakiś sposób skojarzeniowo z owym pasmem związane. Samo się oczywiście nie piecze. ;) To właśnie Iga ambitnie podjęła się tego zadania. Choć mam nadzieję, że będzie miała wsparcie. Nie tylko w postaci dobrego słowa. :) Posileni ciastem, trunkami, pamiętną rozgrywką w grę „Listy z zaświatów” (Grześ zdecydowanie jest mistrzem skojarzeń!) i świetną atmosferą udajemy się na spoczynek, bo przed nami cała sobota wędrowania.

Rankiem ekipa śniadaniowa szybko wywiązuje się z powierzonego jej zadania, a Maja delikatnie, lecz sprawnie, dobudza resztę grupy. W dobrych humorach ruszamy zdobywać Koskową Górę, choć może słowo „zdobywać” jest tutaj na wyrost – podejście nie jest trudne. Zapowiada się przyjemna wędrówka, a do tego kolejny raz pogoda nam dopisuje. To oznacza również dobrą widoczność. I gdy docieramy do celu, przecieram oczy ze zdumienia. Nawet mi przez głowę nie przeszło, że z Koskowej Góry są tak fantastyczne widoki! Świetne miejsce, by rozłożyć kocyk i patrzeć w dal godzinami, kojąc zabieganą duszę. My nie możemy sobie na to pozwolić, ale jesteśmy przygotowani na panoramki, więc mapy i kompasy idą w ruch. Gdy już nazwaliśmy wszystko, co mogliśmy dostrzec, a Maciek i Iga zebrali to w całość i przedstawili, ruszamy dalej. Ja zapamiętuję jeszcze, by tu kiedyś wrócić.
Maja prowadzi nas do przełęczy, gdzie uśmiech na twarzach wywołuje widok lokalnego parkomatu – słoika przymocowanego do słupka. Tak, można tam podjechać i zostawić auto za całe 7 złotych, które trzeba wrzucić do owej osobliwej puszki. Zaskakujące, że nikt tego nie pilnuje, najwyraźniej licząc na uczciwość kierowców. My docieramy pod kapliczkę ufundowaną w 1910 roku przez Jana Koska, w której mieści się figura Chrystusa Upadającego pod Krzyżem po raz Trzeci. Związana z nią jest ciekawa historia – otóż rzeźba została zamówiona do Kalwarii Zebrzydowskiej, a transportujące ją z Sidziny woły zatrzymały się w tym miejscu i już nie chciały iść dalej. Uznano to za znak i wybudowano kaplicę, w której umieszczono ową rzeźbę. Warto tam zajrzeć choćby po to, by przekonać się, że ciało ludzkie jest zdolne do różnych wygibasów – przynajmniej według zamysłu rzeźbiarza. ;)
Nie jest to jedyna kapliczka na naszej drodze, ale zanim docieramy do kolejnej, zatrzymujemy się na posiłek we Wrzosowym Dworze. Pięknie położony budynek gości nas ciepłą strawą, co niewątpliwie dodaje nam sił. Po wyjściu Maja opowiada nam jeszcze o Kliszczakach, a następnie prowadzenie przejmuje Paweł. Kierujemy się na Parszywkę, ledwo ruszamy i trafiamy do wspomnianej drugiej kapliczki – imienia Weroniki. Obiekt powstał z inicjatywy grupy turystyczno-krajoznawczej „Nieprzemakalni”, działającej przy Kliszczackim Centrum Kultury w Tokarni, na pamiątkę Wielkanocy czasu pandemii 2020 roku. W czasie prac w kapliczkę uderzył piorun, lecz ta szczęśliwie przetrwała. Tu przewodnik Łukasz, chodząca encyklopedia, wyjaśnia nam pochodzenie nazwy kapliczki, przypominając podanie o powstaniu „świętego oblicza” Chrystusa. Słuchamy z zaciekawieniem i zaglądamy do wnętrza budynku, które mieni się feerią barw. Widoki spod kapliczki też są bajeczne.
Chciałoby się posiedzieć, ale droga wzywa. A przed nami… kolejna kaplica – św. Anny. :) Legenda głosi, że została wybudowana z pieniędzy rozbójników. Jesteśmy w przysiółku Polana, gdzie mieszkał kiedyś pracowity chłop – Andrzej Bylica. Uradowany narodzinami syna, chciał podziękować Bogu i udał się do najbliższej kaplicy. Ta była stara i butwiejąca, więc Bylica przysiągł, że coś z tym zrobi. Lata mijały, aż z pomocą przyszła służąca u Andrzeja Wiktoria – jej bracia byli zbójnikami. Po ich śmierci bank w Wadowicach zastrzegł wydanie zdeponowanych przez nich pieniędzy jedynie na cel społeczny. I tak Andrzej wraz z synem i Wiktorią uradzili, że przeznaczą je na budowę nowej kaplicy na Polanie, co też się stało. W środku znajduje się neobarokowy ołtarz, a obok budynku figura Chrystusa Frasobliwego. Tu żegna się z nami Radek Truś, który towarzyszył nam w wędrówce.
Paweł zbiera grupę i zagłębiamy się w teren leśny. Przeżywamy chwile niepokoju, gdy Mati znów nam znika i to już chyba będzie taka tradycja, że on nam się musi zawsze gdzieś zawieruszyć. ;) Śmieszkujemy, że jeśli podczas liczenia grupy Mati jest obecny, to znaczy, że są wszyscy. Pod krzyżem upamiętniającym żołnierzy AK mamy dłuższą przerwę, a z inicjatywy Ani zostaje w tym miejscu zapalony znicz. Grzesiek, który akurat jest „zamkiem”, dowiaduje się, że wkrótce przejmie kursantów. Paweł reaguje szybko i stanowczo – zmienia „zamek”, dając Grześkowi nieco czasu na przygotowanie się do swojego prowadzenia.
Omijamy Jaworzyński Wierch i na rozwidleniu szlaku żółtego z zielonym wspomniany wyżej kursant zaczyna przewodzić grupie. A nie ma łatwego zadania – musimy zejść do Więciórki, a stamtąd bezszlakowo dostać się do Bogdanówki. Powoli zapada zmierzch i już wiadomo, że będziemy iść w ciemnościach. Choć gubimy drogę, Grzesiek nie traci nerwów i udaje nam się wrócić tam, gdzie trzeba. O dziwo zmęczona grupa tryska humorem i błądzenie po lesie traktuje jak przygodę. W końcu kiedy ma się okazję do obserwowania tak pięknie rozgwieżdżonego nieba?
Po powrocie zabieramy się za przygotowanie strawy. Grzesiek otrzymuje zadanie porządnego przysmażenia kiełbasy, a presja oczekiwań jest spora. Nie do końca udaje się osiągnąć „czipsiki”, ale ilość sera w pulpie mogłaby niejednego powalić. ;) Ale nie nas! Po takiej wędrówce porządny posiłek nam się po prostu należy. :) Po jedzonku mamy jeszcze zbiórkę na omówienie prowadzeń i referaty, podczas których zmęczenie daje znać i niektórym się przysypia. Kuchnia kolejny raz staje się miejscem luźnych rozmów i żarcików, ale nie biesiadujemy zbyt długo, bo kolejnego dnia czekają nas miastówki.
Myślenice

Na pierwszy ogień niedzielnego poranka idzie Maciek zwany „Ojcem”, który troskliwie budzi ekipę śniadaniową, a następnie pozostałą część grupy. Pakujemy plecaki, sprzątamy po sobie klasy i kuchnię, rozdzielamy spożywkę i po uregulowaniu płatności meldujemy się przy samochodach. Jedziemy do Myślenic, gdzie na dobry start „Ojciec” robi nam rozgrzewkę w postaci ćwiczeń. Nie za mocną, żeby nikogo nie strzeliło w krzyżu. :) Idziemy na rynek, a stamtąd kierujemy się do kościoła pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny, który mieści w sobie kaplicę z cudownym obrazem Matki Boskiej Myślenickiej. Nie ma mszy, więc udaje nam się wejść do środka. Łukasz zwraca uwagę na kilka elementów, ale nie chcemy przeszkadzać wiernym, dlatego dopiero pod kościołem możemy dowiedzieć się więcej o tym budynku i jego historii. Jest też czas na referat, podczas którego Dawid wyjaśnia, jak to się stało, że kopia obrazu Matki Boskiej Myślenickiej stała się bardziej znana niż oryginał.

Spod kościoła kierujemy się znów na rynek, by poznać nieco historię miasta i dowiedzieć się, co kryje się pod nazwą „Cudu nad Rabą”. Pod „Domem Greckim”, pochodzącym z XVIII wieku budynkiem dawnego zajazdu, Kasia prezentuje nam przedsmak tego, co nas czeka na wykładach z architektury. Słuchamy zafascynowani i wpatrujemy się w budynek, zarówno ten, jak i w stojącą tuż obok szkołę, wypatrując detali, o których opowiada przewodniczka .
Lanckorona
Z tą porcją wiedzy ruszamy do kolejnego miejsca, a jest nim Lanckorona. Basia prowadzi nas na rynek z zabytkową drewnianą zabudową. Po opanowaniu pilnej potrzeby w postaci skorzystania z toalety, wszyscy mogą spokojnie delektować się wycieczką. :) Po raz pierwszy uświadamiam sobie, jak bardzo entuzjazm przewodnika może udzielić się grupie. Widać, że Basia zna Lanckoronę, lubi ją i bardzo chce nam przekazać jej piękno. Opowiada spokojnie i ciekawie – tak żebyśmy poczuli klimat tego miejsca. I rzeczywiście – malowniczo położona Lanckorona urzeka uliczkami, w których czają się kawiarenki i galerie z ceramiką. Warto podejść pod kościół Narodzenia św. Jana Chrzciciela, a stamtąd spacerem na szczyt Lanckorońskiej Góry, gdzie znajdują się ruiny zamku, który został ufundowany przez Kazimierza Wielkiego w połowie XIV wieku. Wielka szkoda, że budowla, która ma ciekawą historię związaną z konfederatami barskimi, nie przetrwała do czasów obecnych, bo wizualizacje sugerują, że była imponująca.

Basia opowiada nam również o drewnianych willach – „Tadeuszu”, „Zamku” i „Bajce”. Na tą ostatnią zwróciłyśmy z Igą uwagę już na parkingu, albowiem zdecydowanie góruje nad innymi budynkami. Piękna i majestatyczna, wręcz zaprasza, by ją odwiedzić. Dostajemy nieco czasu wolnego, by na własną rękę poszwendać się po rynku. W podgrupach rozpierzchamy się po okolicy – niektórzy wybierają leniwe chwile przy kawie, inni podziwiają rękodzieło i zaglądają w różne zakamarki, a Magda nieoczekiwanie zostaje koronowana na Królową Krasnoludków. :)

Kalwaria Zebrzydowska
Po raz kolejny myślę, że w takie miłe i słoneczne popołudnie chciałoby się tutaj dłużej posiedzieć, ale przed nami jeszcze Kalwaria Zebrzydowska. Ewa, która ma być naszą przewodniczką, już czeka. Większość chyba zakłada tylko zwiedzanie bazyliki, więc mina nam nieco rzednie, gdy okazuje się, że mamy tutaj zaplanowaną dłuższą trasę. Żeby nam ją umilić, Ewa przygotowała pytania z nagrodami. I niby nie potrzebujemy specjalnej zachęty, ale słodycze zawsze są mile widziane. :) Wędrujemy przecinającymi się Dróżkami Kalwaryjskimi, zatrzymując się w kilku miejscach, takich jak: Kościół Grobu Matki Bożej, Most na Cedronie, Ratusz Piłata ze znajdującymi się obok Świętymi Schodami Gradusy, czy Kościół Trzeciego Upadku, który osiągamy po krótkiej wspinaczce. Łukasz z „Nieprzemakalnych” serwuje nam taką dawkę wiedzy, że mózgi parują. Czujemy się niemalże jak pielgrzymi, którzy odbywają tu uduchowione wędrówki. Teren jest tak rozległy i zróżnicowany, że trudno wyobrazić sobie, jak pokonują go starsi ludzie, a jednak co roku to robią, uczestnicząc w różnych uroczystościach pasyjnych i maryjnych. Zresztą nieważne jaka jest motywacja, warto tu przyjechać, bo kompleks jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO i zdecydowanie godne uznania jest to, z jakim rozmachem został stworzony.
Finalnie bazyliki nie udaje nam się zwiedzić, ponieważ trwa msza. Grupa czuje też już zmęczenie i… głód. ;) Po omówieniu prowadzeń miastówek większość kursantów udaje się na zasłużony posiłek. To koniec weekendu, czas wracać do domu i swoich zajęć. Ilość wrażeń i zdobytych informacji uświadamia mi, że jeszcze jest dużo do odkrycia. I ostatecznie ten Beskid Makowski okazał się wcale nie być taki średni, ale całkiem ciekawy. A na pewno warty tego, by się w nim na trochę zatrzymać. :)
tekst i foto: Ewa Gbyl
korekta: Magdalena Fabin