Czy Bielsko-Biała doczekało swojej „Lalki”?

„Nie doceniacie Polaków, panie Horn. Jak tak dalej pójdzie, nasze sukiennictwo za parę lat, może dziesięcioleci, przejdzie w polskie ręce. Przynajmniej fabryki. Rzemiosło zostanie niemieckie, bo my, majstrowie, zatroszczymy się o to”.
Horn i Synowie. Powieść z miasta sukienników Bielska-Białej została napisana przez Carla Hoinkesa (1882-1960) spadkobiercę oraz właściciela fabryki sukienniczej z Bielska. Jako przedstawiciel handlowy odbył on wiele podróży służbowych po Bliskim Wschodzie oraz Egipcie, gdzie zawierał umowy z tamtejszymi kupcami promując Bielskie towary swojej fabryki. Jednak – jak można przeczytać we wstępie książki – Hoinkes posiadał bardzo szerokie zainteresowania wykraczające daleko poza handel czy sukiennictwo.
Carl Hoinkes był miłośnikiem sztuki, historii, a także literatury. Objawiło się to m.in. w objęciu przez niego fotela dyrektora muzeum historycznego Bielska podczas wojny. Jednak z powodu swojego niemieckiego pochodzenia oraz pozycji społecznej, jako właściciel fabryki musiał opuścić rodzinne miasto po wkroczeniu do miasta sowietów. Wedle badań historycznych nie zachowały się żadne wzmianki o powiązaniu go z partią nazistowską. Na obczyźnie nie zapomniał o swoim pochodzeniu i do swojej śmierci zdążył zgromadzić wiele materiałów historycznych dotyczących Bielska. Jego wiekopomne dzieło, jakim jest książka „Horn i Synowie” została wydana po niemiecku już po jego śmierci.

Pierwsze wydanie polskie
Temat niemieckiej przeszłości Bielska nadal pozostaje problematyczny, dlatego książka przez wiele lat nie doczekała się polskiego wydania. Nastąpiło to dopiero w 2025 roku, dzięki oddolnemu ruchowi społecznemu kierowanemu poprzez Łukasza Giertela, który jak sam przyznaje we wstępie powieści „nadaje charakter całej miejscowości, a jednocześnie stanowi symboliczny krok milowy w rozwoju lokalnej kultury – nie stricte niemieckiej, nie polskiej i nie żydowskiej, lecz po prostu bielskiej”.

Co znajdziemy w książce?
Bielsko w naszym Kole jest kojarzone z piękną secesyjną architekturą, małym Fiatem czy Bolkiem i Lolkiem. Do niedawna dla mnie zupełnie nie kojarzyło się z literaturą. Zapewne również dlatego, że przez wieki Bielsko było szerzej znane jako Bielitz, a jego mieszkańcami były głównie osoby mówiące po niemiecku, co diametralnie zmieniło się po II wojnie światowej wraz z przymusową polonizacją wynikającą z nowych porządków Europy Środkowowschodniej. Lokalne zwyczaje i tradycje wyznawane w języku niemieckim nie znalazły uznania w powojennym świecie, który miał stać się monokulturowy.
Wiele historii miało zamilknąć na lata. Sytuacji nie poprawił nawet fakt zmiany ustroju oraz otwarcie granic w nowym europejskim świecie przyglądającym się z zainteresowaniem odmienności oraz lokalnym tradycjom. Opowieści czekały na swoje wybrzmienie przez wiele lat, zwłaszcza w nowym dla Bielska-Białej języku polskim. Przed Państwem wydana po prawie 50 latach, zbeletryzowana saga przemysłowej rodziny Carla Hoinkesa. Przywołuje on krajobraz budynków oraz ulic XIX-wiecznego Bielska w gorącym okresie formacyjnym tamtego wieku, gdy stare Cechy Tkackie zaczynają pustoszeć, a dawni mistrzowie z racji nieopłacalności swojego zawodu zamykają swoje warsztaty.
Największym przeciwnikiem mechanicznych krosien był Krzywy Kalle – chromy, stary tkacz, który darzył maszyny jawną i zapiekłą nienawiścią. Przy każdej okazji próbował zajrzeć do maszynowni, którą z uporem nazywał „diabelskim warsztatem”. Znał wszystkie mechaniczne krosna, które uruchomiono w mieście. Nie było ich na razie więcej niż tuzin. W każdej fabryce znajdował się przynajmniej jeden człowiek, który czuł się powołany do tego, by dać wyraz ślepej nienawiści rękodzielników wobec maszyn – czy był to Krzywy Kalle, czy Szlorks, Ryrok albo Bławatek. Wszyscy oni odczuwali nieokreślony lęk przed maszynami jako groźnym wrogiem, którego nie da się przejrzeć i po którym można się spodziewać wszystkiego najgorszego.
Nienawiść, o dziwo, kierowała się w stronę urządzeń, a nie ich wynalazców lub budowniczych. Owszem, zżymano się na bogaczy, którym rzekomo wszystko przychodziło łatwo, ale najgłębszy lęk wzbudzała właśnie maszyna, stanowiąca realne zagrożenie dla bytu zwykłego robotnika. Niektórzy z tych starzejących się mężczyzn byli niegdyś samodzielnymi, zadowolonymi z życia drobnymi majstrami, którzy z powodu niezaradności, niesprostania wymogom nowych czasów musieli podjąć pracę w fabryce, jakkolwiek mocno się przed tym wzdragali.
Trudno było się przyzwyczaić do zasad panujących w fabryce: do punktualności, stałych godzin pracy, zbyt krótkich przerw, posłuszeństwa wobec brygadzistów, którzy lekceważyli pracowników, przebywania z ludźmi rozwydrzonymi, niepewnymi, których w dawnych czasach omijano by z daleka. Jeśli jednak uczyniono już ten krok w dół, od samodzielnego majstra, może często niewolnego od kłopotów, ale dumnego ze swego fachu, do anonimowego robotnika bez praw, to przynajmniej oczekiwano bezpieczeństwa. A teraz mechaniczne krosna groziły każdemu, kto nie potrafił się nimi posługiwać, bezrobociem, nędzą a wręcz śmiercią głodową. Zrozumiałe były zatem strach i opór. Czyż fabryki zaprawdę nie były „grobami moralności”, jak zwali je pobożny Szlorks? Czy Krzywy Kalle nie miał racji?

XIX-wieczny świat Bielszczan
W czasie lektury, wraz z młodym i rzutkim biznesmenem Christianem Hornem zachwycamy się najnowocześniejszymi osiągnięciami techniki XIX-wiecznej, obserwując jak stopniowo przekształca swój warsztat w doskonale funkcjonującą fabrykę. Możemy dzielić losy mieszkańców miasta targanego zarazami, pożarami, kryzysami finansowymi, toczonymi przez Austrię wojnami, ale także obserwujemy radość bohaterów z narodzin kolejnych dzieci, zawierania małżeństw, odbywania dalekich podróży służbowych do Wiednia, a nawet do Konstantynopola. Wszystko to w rytmie codziennej spokojnej pracy, która nie jest nastawiona na szybki zysk, a bardziej na ogólną solidność wykonywanych dzieł.
Podróż w czasie na kartach „Horn i Synowie” daje nam niezwykłą możliwość poznania Bielska oczami jego mieszkańców, przyjrzenia się ich codzienności, pracy, wyznawanym wartościom, marzeniom, które nie tak bardzo odbiegają od naszych obecnych. Dzisiejszy czytelnik może uśmiechnąć się pod nosem czytając o strachu miejscowych majstrów i czeladników, którzy upatrywali sił nieczystych w importowanych maszynach tkackich z Brünn. Mogły one zastąpić pracę kilkunastu doskonale wyszkolonych rzemieślników i z tego powodu zmniejszały koszta produkcji oraz przyczyniały się do bezrobocia, załamywania się dawnych tradycji ze względu na swoją nieopłacalność. Przecież bardzo podobne dyskusje są toczone i dzisiaj na temat np. sztucznej inteligencji, która może zastąpić nie jednego człowieka w pracy.
Czyżby w spokojnych, starych chatkach miało zamrzeć terkotanie krosien, obecne od dziesięcioleci, a nawet stuleci? Czyż ojciec rodziny, głowa domu, miał spędzać większość czasu w fabryce, podczas gdy jego domostwo stałoby opustoszałe, bez pana? Czy ma on wracać wieczorem, wycieńczony i przygnębiony, do żony i dzieci, pośród których nie będzie następcy, mogącego kiedyś z honorem przejąć ojcowskie rzemiosło, a jedynie wykorzenione istoty, które także zostaną robotnikami fabrycznymi, bez perspektyw na osiągnięcie godności majstra? Co stanie się z pracowitością i radością z pracy młodych ludzi? Czy działalność cechowa nie dawała czeladnikowi oparcia, bo należał do domu, bo także po robocie podlegał nadzorowi ojca? Kto troszczy się o robotników fabrycznych, gdy opuszczą miejsce pracy? Znikają byle gdzie, w mroku. Choć rodzice starają się utrzymać dzieci pod swoimi skrzydłami, trudno o sukces, gdy młodzi spędzają codziennie dwanaście i więcej godzin w fabryce! Czegóż to dzieci nie naoglądają się w takim miejscu, czego nie dowiedzą! Krzywy Kalle miał zupełną rację, gdy nazywał fabrykę grobem moralności.
Tkacze żyli dotąd w przekonaniu, że krosna ręczne są bezpieczne i nie zastąpią ich żadne maszyny. A teraz, gdy jednak do tego doszło potracili głowy (…) dopuszczają się przestępstw (…) Ze strachu i z paniki przed nieznaną im siłą. Ja sam zdumiewam się, ile dzisiejsze maszyny potrafią dokonać, ale im więcej o tym myślę, (…) tym niebezpieczniejsze, ba, straszniejsze. (…) Jeśli dalej tak będzie – powiedział dobitnie Christian – a zawczasu nie zabezpieczymy się mądrymi przepisami, któregoś dnia maszyna przejmie władzę nad człowiekiem. Ludzie staną się niewolnikami maszyn. Ja tego nie doczekam, ty pewnie też nie, ale kiedyś ten dzień nastanie.
Gratką oczywiście dla krajoznawców i przewodników będzie wczucie się w dawny tryb życia w Austrii: potrzebę załatwiania spraw urzędowych i służbowych w Brünn czy Wiedniu, a także nieco inne spojrzenie na miejscowości wokół Bielska, gdyż zamiast Jaworza, Dębowca czy Wapiennicy mamy: Ahrnsdorf, Baumgarten, Lobenauer. Także nasze Beskidy pojawiają się ciągle, jako stałe choć niedzielne miejsce odpoczynku naszych bohaterów.
Christian i Johanna łamali sobie głowy, co zrobić dla poprawy zdrowia córki. Radzili się medyka, który stwierdził, że może i Anna nie należy do najsilniejszych, ale jest zupełnie zdrowa. Zasugerował, że korzystny będzie dla niej pobyt na świeżym leśnym lub górskim powietrzu. Ku ogromnej radości Anny rodzice zabrali ją do Ahrnsdorf, wioski położonej u stóp lesistego wzgórza. Około kwadransa drogi od wsi, pośrodku wielkiego, nieco zdziczałego parku, przechodzącego dalej w górski las, leżał skromny pałacyk. W należącym do niego folwarku można było zamówić kuracje serwatkowe, na które ściągały co roku dwa albo trzy tuziny kuracjuszy z sąsiednich miasteczek. Miejscowy nauczyciel i jego żona zgodzili się przyjąć Annę na lato. Miała dzielić izbę z ich córką, swoją rówieśniczką. Dziewczęta szybko się zaprzyjaźniły, a Christian i Johanna, którzy odwiedzali córkę co niedziela, spostrzegli, że dziewczyna dobrze czuje się na wsi i wyraźnie rozkwita. Jej niebieskie oczy błyszczały jeszcze jaśniej, a twarz, dotąd blada, nabrała zdrowego kolorytu pod wpływem górskiego powietrza i słońca.
Narodziny „bielskiej Lalki”?
Książka posiada naprawdę duży potencjał, jak również potężną (731!) ilość stron, co czyni ją sporą cegłą. Jest jednak napisana prostym i przystępnym językiem, a także co ważne pamiętając czarną legendę „Lalki” Bolesława Prusa – nie skupia się na rzetelnym odmalowaniu każdej Bielskiej ulicy w XIX, a raczej delikatnie szkicuje pojedyncze miejsca, dzielnice, gospody, które zręczny krajoznawca rozpozna z opisu bądź z pomocą krótkiego słownika zwrotów i miejscowości z tyłu. Dzięki niezbyt dużemu skupieniu się na detalach oraz prostemu językowi książkę łatwo oraz szybko się czyta. Czy mamy do czynienia jak głosi wydawca z nową „Bielską Lalką”? Jak dla mnie zabrakło jednak tych opisów dawnego Bielska, można za to znakomicie wyczuć kult solidnej niemiecko-ewangelickiej pracy dumnych rzemieślników.
Książka wyraża najlepsze cechy etosu mieszczańskiego dawnych lat, czyli powolnego i sukcesywnego zwyciężania solidnej pracy w duchu kapitalizmu XIX wieku nad dawnym feudalno-tradycyjnym podejściem rodem ze średniowiecznych tradycji. Podczas lektury obrazem, który uporczywie do mnie wracał było skojarzenie przedstawionego sposobu życia bohaterów i ich systemu wartości z symbolem z bialskiego ratusza. Pszczoła która symbolizuje pracowitość i dostatek jest idealnym wyrażeniem wszystkich najlepszych cech zarówno bohaterów książki jak również klimatu tamtych lat. Choć ta fasada na pierwszy rzut oka jest dumna i piękna, skrywa również w swoich niszach pęknięcia w postaci bolesnych upadków dawnych tradycji rzemieślniczych, bezrobocia, strajków oraz budowy nowych imperiów finansowych gdzie garstka osób zyskuje kosztem swoich robotników. Tak właśnie my jako potomni, przewodnicy i turyści możemy patrzeć głębiej na te, wydawać by się mogło, złote czasy bielskiego przemysłu.

tekst: Jakub Kręcisz
korekta: Magdalena Fabin