Kurs przewodnicki,  Relacje

Sądecka Zimówka

Taka już jest natura ludzka, że gdy tylko nadchodzi jakiś przełomowy moment (np. początek nowego roku), to zastanawiamy się, co przyniesie nam los, z jakimi nowymi wyzwaniami przyjdzie nam się zmierzyć i czy sobie z nimi poradzimy… Młodszemu kursowi przewodników beskidzkich los (który przybrał antropomorficzną postać naszych wspaniałych Szefów) przyniósł na początku roku dwa wyzwania: autokarówkę, o której mieliście okazję już poczytać, oraz obóz zimowy, o którym tu słów kilka padnie.

Na obóz zimowy ruszyliśmy w ostatnim tygodniu stycznia, a za kierunek obraliśmy Beskid Sądecki. I trzeba przyznać, że nasze Szefy dobrze to obmyśliły, gdyż w ten sposób obóz zimowy stał się idealnym uzupełnieniem autokarówki (przypomnę, że w ramach niej zwiedzaliśmy tzw. Środek). Nic, tylko iść na egzamin z Beskidu Sądeckiego (zdradzę, że niektórzy z nas już to uczynili i to z pozytywnym rezultatem). 

Uzdrowisko na start

Nasz pierwszy obóz zimowy zaczął się spokojnym akcentem, bo od zwiedzania Szczawnicy. Spacer uliczkami miasta był doskonałą okazją do tego, aby nie tylko podziwiać zabytkową zabudowę miasta, ale również wysłuchać historii o Józefie Szalayu, który przyczynił się do rozwoju Szczawnicy jako uzdrowiska. Jednym z ciekawszych fragmentów opowieści był ten o tradycji nadawania godeł szalayowskich, które do dziś zdobią najstarsze domy uzdrowiska. Skorzystaliśmy również z okazji do spróbowania tego, z czego Szczawnica słynie, czyli wód leczniczych (tzw. szczawów) oferowanych przez Pijalnię Wód Leczniczych znajdującej się na placu Dietla – jednej z najstarszych, a zarazem najpiękniejszych części Szczawnicy.

Pełni wiary i nadziei, że kubeczek wody wyleczy nas ze wszystkich dolegliwości, ruszyliśmy na Bereśnik, gdzie – zanim spałaszowaliśmy nieziemską szarlotkę – poznaliśmy historię tzw. moskałówek, czyli bacówek budowanych z inicjatywy Edwarda Moskały, który nomen omen jest patronem tej na Bereśniku.

Po zwiedzaniu Szczawnicy udaliśmy się do Rytra, gdzie mieliśmy zaplanowany nocleg. Tu czekała na nas niespodzianka, czyli spotkanie poświęcone związanej z tym regionem tradycji tkania rękawic furmańskich. Po wysłuchaniu opowieści o historii wyrabiania rękawic, a także staraniach, jakie są podejmowane, aby ta piękna tradycja przetrwała, każdy miał okazję samodzielnie zmierzyć się ze specjalną formą tkacką (wspaniałe doświadczenie dla miłośników rękodzieła).

W Rytrze mieliśmy okazję wziąć udział w prelekcji o furmańskich rękawicach – niematerialnym dziedzictwie regionu Górali Nadpopradzkich

Następny dzień przyniósł to, co stanowi istotę obozu zimowego, czyli wędrówkę górskimi szlakami. Z Rytra ruszyliśmy w stronę Przehyby, gdzie mieliśmy zaplanowany nocleg. Beskid Sądecki słynie z pięknych widoków, nie ma zatem takich słów, którymi dałoby się wyrazić, jakie było nasze rozczarowanie, gdy okazało się, że przez cały dzień widoczność była zerowa. Nie było widać nic. Zupełnie nic. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że niestety ten stan będzie utrzymywać się przez niemal cały wyjazd. Do schroniska dotarliśmy jeszcze przed zapadnięciem zmroku. Śniegu nie było za dużo, panoramek z powodu braku widoczności nie było sensu robić, nic nas zatem nie spowalniało. 

Wcześniejsze dotarcie na nocleg to okazja do referatów i ćwiczeń z mapą!

Poniedziałek zaczęliśmy od zwiedzania Ośrodka Historii Turystyki Górskiej, który przede wszystkim upamiętnia postać Kazimierza Sosnowskiego. Naszym kolejnym celem była chata na Magórach, czyli wyjątkowo urokliwe miejsce, które – z powodu braku zasięgu – pozwoliło nieco odpocząć od tego drugiego, bardziej przyziemnego świata. Niestety, był to kolejny dzień, w trakcie którego nie mogliśmy ćwiczyć panoramek, bo znowu nic nie było widać. Momentami można było wręcz odnieść wrażenie, że wcale nie jesteśmy w górach. 

W stronę Jaworzyny!

Następny dzień wreszcie był dla nas łaskawy – zza chmur pojawiło się wspaniałe słońce, więc wreszcie mogliśmy napawać się tym, co w górach najpiękniejsze, czyli… widokiem gór. Pech chciał, że to był właśnie ten dzień, w którym schodziliśmy do Piwnicznej, więc widoków niestety było zdecydowanie za mało. W Piwnicznej wskoczyliśmy do pociągu, który zawiózł nas do Rytra. Tu uzupełniliśmy zapasy, a następnie ruszyliśmy dalej, na Cyrlę (po drodze udało się nam nawet zrobić panoramkę!). Na samej Cyrli dołączył do nas Rafał, który wygłosił dla nas wykład na temat geologii Beskidu Sądeckiego i zrobił to w taki sposób, że osoby sceptycznie nastawione do tej tematyki z pewnością zmieniły nastawienie!

Nieliczne chwile z słońcem w trakcie zejścia z Magór…
… w kierunku doliny Popradu.

Nadszedł piąty dzień naszego obozu. Pożegnaliśmy gościnne progi Chaty na Cyrli i powędrowaliśmy w głąb pasma Jaworzyny, w kierunku schroniska na Hali Łabowskiej. Widoków tradycyjnie nie było, więc do celu dotarliśmy zadziwiająco szybko. Jeśli mielibyśmy kiedykolwiek nakreślić kulinarną mapę górską, to z pewnością nie mogłoby zabraknąć na niej schroniska na Hali Łabowskiej, a to głównie za sprawą serwowanych tam fuczków – dania wywodzącego się z tradycyjnej kuchni łemkowskiej. Polecamy!

Przyjemnym aspektem zimówki były oczywiście wieczory, które składały się z części merytorycznej (tj. omówienia dnia, wygłoszenia referatów itd.) oraz rozrywkowej (tj. śpiewów). Wieczór na Hali Łabowskiej przyniósł połączenie merytoryki z rozrywką – nasze szefostwo zorganizowało dla nas super zabawę, czyli warsztaty z planowania wycieczek. Podzieleni na małe grupy musieliśmy przygotować program wycieczki dla różnych grup: uczniów szkoły podstawowej, górników, harcerzy czy pielgrzymów, a następnie go zaprezentować pozostałym grupom. Było kreatywnie, zabawnie, pomysłowo i merytorycznie!

Widoczność przez zdecydowaną większość wyjazdu było zupełnie antypanoramkowa!

Kolejny dzień przyniósł ważną lekcję: nigdy nie obiecuj grupie, że warto iść w jakieś miejsce, bo można tam zjeść szarlotkę… Ruszyliśmy z Hali Łabowskiej w kierunku Jaworzyny Krynickiej. Jak się zapewne domyślacie, widoków  tradycyjnie nie było, więc nie zatrzymywaliśmy się na panoramki. W efekcie czas mieliśmy wybitnie niekursowy, bo nie miało nas co spowalniać, więc trzeba było jakoś go zagospodarować, żeby nie dotrzeć do schroniska za wcześnie (ostatecznie ideą kursu jest chodzenie po górach, a nie siedzenie w schronisku). Szefostwo zaproponowało, żebyśmy przeszli się do bacówki nad Wierchomlą. Nęcili nas przy tym perspektywą szarlotki… No to poszliśmy, bo wyjścia i tak za bardzo nie mieliśmy, bo jak Szefy mówią, to kursanty robią, ale jednak jakoś milej zboczyć z trasy, gdy czeka słodka nagroda. Niestety, na miejscu okazało się, że szarlotki brak, a innych ciast też. Zgroza! Mimo to do schroniska na Jaworzynie Krynickiej dotarliśmy w dobrych humorach, ale jednak z lekkim smutkiem w sercu, bo koniec zimówki zbliżał się nieubłaganie.

Miasta, cerkwie i mofety

Piątek to pożegnanie z górami. Wprawdzie przed nami jeszcze weekend, jednak mieliśmy go przeznaczyć na zwiedzanie Muszyny i Krynicy-Zdroju. Beskid Sądecki żegnał nas ozięble – niską temperaturą i większą ilością śniegu. Po zejściu z Jaworzyny (widoków nie było, a jakże) zwiedziliśmy cerkiew św. Dymitra w Złockiem oraz ruiny zamku w Muszynie. 

Zimówka to nie tylko góry, ale i inne atrakcje takie jak: największa w Polsce mofeta…
… czy klimatyczne cerkwie w Leluchowie…
… oraz Dubnem.

Sobota minęła nam na zwiedzaniu Muszyny i okolic. Najpierw udaliśmy się do Jastrzębika, gdzie obejrzeliśmy mofety oraz zwiedziliśmy cerkiew św. Łukasza. Następnie zwiedziliśmy cerkiew pw. św. Jakub Młodszego Apostoła w Powroźniku (zabytek wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO), a także cerkiew św. Dymitra w Leluchowie oraz Cerkiew św. Michała Archanioła w Dubnem. W Muszynie oprócz zwiedzania miasta odwiedziliśmy Muzeum Regionalne „Państwa Muszyńskiego”, gdzie mogliśmy obejrzeć ekspozycję, a także wysłuchać wykładu poruszającego m.in. zagadnienie historii Państwa Muszyńskiego. Przyjemnym punktem miastówki był spacer po ogrodzie świateł wraz z wejściem na znajdującą się na jego terenie wieżę widokową. Wieczorem zapewniono nam dwie atrakcje: quiz wiedzy z Beskidu Sądeckiego (dla wszystkich) i wyjście na Malik (dla chętnych, na szczęście). 

Malnik zdobyty nocną porą!

Ostatni dzień zimówki upłynął nam na zwiedzaniu Krynicy-Zdroju. Przemierzaliśmy ulice miasta, podziwiając przy tym jego wyróżniającą się, zabytkową architekturę. Nie zabrakło też degustacji wód leczniczych, ale w tym wypadku zgodnie uznaliśmy, że niektóre z proponowanych tam smaków są przeznaczone wyłącznie dla prawdziwych koneserów. 

Odwiedziliśmy  miejsca związane z postacią Nikifora Krynickiego, w tym willę Romanówkę, w której mieści się muzeum mu poświęcone, a także cmentarz komunalny, gdzie znajduje spoczywa. Ostatnim punktem naszego wyjazdu było zwiedzanie cerkwi pw. św. Włodzimierza Wielkiego, skąd ruszyliśmy już do aut, a następnie do domu.

Trzeba uczciwie przyznać, że zimówka dla wielu z nas była sporym wyzwaniem, gdyż o ile większość z nas ma za sobą dłuższe wypady w góry z pełnym ekwipunkiem, o tyle niewielu z nas szwendała się po górach w ten sposób zimą. Choć momentami było męcząco, czasem plecak ciążył za bardzo (zwłaszcza po uzupełnieniu zapasów w połowie wyjazdu), obuwie przemakało, a widoków nie było, to jednak pod każdym względem był to udany wyjazd! A miarą tego, jak bardzo był udany, niech będzie fakt, że z niecierpliwością czekamy na obozy letnie!

Tekst: Aleksandra Domogała
Redakcja: Paweł Pisarek
Zdjęcia: Kursanci

Jak korzystamy z ciasteczek?

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. "ciasteczek") w celach statystycznych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do Twoich potrzeb. Możesz zaakceptować pliki cookies albo wyłączyć je w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.