Kurs przewodnicki,  Relacje

Świat na dobre nam zbieszczadział – zimówka Skałkowych

Nadszedł długo wyczekiwany przez kurs Skałkowy czas – zimowy obóz w Bieszczadach. W sobotę, jeszcze przed pojawieniem się pierwszych promieni słonecznych na horyzoncie wsiedliśmy w samochody i ruszyliśmy w stronę dzikości i tajemnic, spektakularnych widoków, autentycznych miejsc i ich historii, które po kolei odkrywaliśmy, eksplorowaliśmy, wchłanialiśmy i napawaliśmy się chwilą oraz tym niepowtarzalnym klimatem i anturażem.

Brama w Bieszczady czyli miastówki po Rymanowie i Sanoku

Pierwszym przystankiem na naszej trasie był Rymanów, gdzie zobaczyliśmy zabytkowy rynek, otoczony urokliwymi kamienicami z podcieniami, które kiedyś chroniły kupców i towary, przed deszczem i słońcem, oraz synagogę – jedną z najstarszych (XVIII w.) i najcenniejszych barokowych bożnic w Polsce, z zachowanymi fragmentami polichromii i Aron ha-kodesz.

Kolejnym miastem, które odwiedziliśmy był Sanok, nazywany bramą w Bieszczady, jeden z najstarszych i najważniejszych ośrodków historycznych Podkarpacia. Miasto ma wiele do zaoferowania, w tym te „naj” – największy Skansen w Polsce, największą kolekcję dzieł Zdzisława Beksińskiego oraz jeden z największych w Polsce i Europie zbiór ikon karpackich, mieszczący się w Muzeum Historycznym na Zamku w Sanoku. W tym samym zamku, w którym, Władysław Jagiełło świętował wesele z Elżbietą Granowską z Pileckich w 1417 roku. Ślub odbył się w nieistniejącym już kościele pw. św. Michała Archanioła w Sanoku, na którego miejscu obecnie stoi kościół Przemienienia Pańskiego, który oczywiście zwiedziliśmy. Notabene, Święty Michał Archanioł został patronem miasta, co podkreślone jest również w jego herbie, który mieliśmy okazję zobaczyć na ratuszu na urokliwym, kwadratowym rynku. Pozostałe pola herbu to biały orzeł w koronie na czerwonym tle oraz pole przedstawiające zielonego węża w koronie połykającego dziecko – herb rodu Sforzów, z którego pochodziła Bona Sforza- z jej inicjatywy przebudowano zamek na styl renesansowy.

Odwiedziliśmy również siedzącego na ławeczce Dobrego Wojaka Szwejka, który to bywał w Sanoku. Bohater powieści Jaroslava Haška doczekał się w tym regionie Międzynarodowego Szlaku Dobrego Wojaka Szwejka. To trasa rowerowo-piesza upamiętniająca wędrówki bohatera powieści Jaroslava Haška. Polski odcinek (R-63) liczy ponad 100 km (głównie w woj. podkarpackim), a cały szlak prowadzi z Czech, przez Słowację (m.in. Humenné, Medzilaborce), Polskę (Sanok, Krościenko), aż na Ukrainę (Lwów). W sumie szlak ma 220 km. Odwiedziliśmy Muzeum Historyczne, a w nim kolekcję dzieł Zdzisława Beksińskiego oraz zbiór karpackich ikon, na których to praktykowaliśmy ich opis oraz interpretację. Na kolekcję składa się ponad 700 wyjątkowych ikon w większości namalowanych na drewnie, a także krzyży cerkiewnych, chorągwi oraz ksiąg. Stanowią one pozostałości po zniszczonych cerkwiach i są niemymi świadkami minionych czasów.

Na ekspozycję Beksińskiego, który urodził się w Sanoku, składają się prace z różnych okresów jego twórczości, ale jest ona czymś więcej niż zwykłą wystawą. Poprzez dzieła, cytaty, filmy i nawet przeniesioną do muzeum, warszawską pracownię, można poznać samego Beksińskiego, jego myśli, obawy oraz świat – on sam doczekał się swojej rzeźby na sanockim rynku. Posileni wiedzą, kulturą i sztuką, poszliśmy posilić również ciało – regionalnymi proziakami. Nie wiedzieliśmy natomiast jeszcze, że wąż (w herbie Sanoka) oraz flaming, (prawdopodobnie) widoczny na poniższym dziele Beksińskiego, staną się (nie)chlubnymi bohaterami tej zimówki.

Śladami niedźwiedzi, łosia i (nie)zapomnianych bojkowskich wsi

Dzień drugi spędziliśmy już tak, jak najbardziej lubimy – w naturalnym, skałkowym klimacie. Pierwszym celem była Łopienka, w której znajduje się grekokatolicka cerkiew św. Męczennicy Paraskewii z ikoną Matki Boskiej Łopieńskiej Pięknej Miłości. Ten sakralny wizerunek od dawna przyciąga pielgrzymów z daleka i bliska, był świadkiem cudów i niezwykłych zdarzeń, które na przestrzeni lat wplotły się w strukturę lokalnych wierzeń i tradycji. Następnie udaliśmy się w stronę rezerwatu „Sine Wiry”. Wchodząc na jego teren, na śniegu zobaczyliśmy niemożliwe do pomylenia z innymi, ślady symbolu Bieszczadów – niedźwiedzia oraz jego małych potomków. Niewiele później zobaczyliśmy również łosia – symbol rezerwatu, natomiast ten zaliczany jest do bieszczadzkiej flory, nie fauny. To charakterystycznie wygięte drzewo, które kształtem przypomina łosia. Bieszczadzka legenda głosi, że jeżeli łoś pije wodę z Wetlinki to na nizinach na pewno będzie powódź.

Dalej kroczyliśmy za drogowskazami zatytułowanymi „Bieszczady Odnalezione” – to edukacyjna ścieżka historyczna, upamiętniająca nieistniejące bojkowskie wsie: Jaworzec, Łuh i Zawój. Trasa prowadzi śladami dawnych mieszkańców, oznaczając cerkwiska, cmentarze, kamienne piwnice i studnie w dolinie Wetlinki. Wszystkie z wymienionych miejsc mieliśmy przyjemność odwiedzić, a w pozostałościach bojkowskiej chaty w Jaworcu wysłuchać referatu o akcji „Wisła” z 1947 r. Warto tu wspomnieć, że przed wojną Bieszczady były jednym z najbardziej zaludnionych regionów Polski. To właśnie akcje przesiedleńcze spowodowały, że obecnie jest całkowicie odwrotnie. Dla zobrazowania – przedwojenny powiat leski zamieszkiwało 100 tysięcy osób, a zaludnienie wynosiło 61 os./km2. Współcześnie (znacznie mniejszy) powiat leski ma zaludnienie wynoszące 32os./km2.

Po przeprawie przez rzekę dotarliśmy do bacówki PTTK Jaworzec, która powstała według pomysłu Edwarda Moskały. To bardzo klimatyczne miejsce, całkowicie oddające klimat Bieszczadów. W towarzystwie zakapiorów na obrazach na ścianie, przy dźwiękach gitary, spróbowaliśmy kolejnego regionalnego przysmaku, jakim są fuczki – wyśmienite placki z kiszonej kapusty, ze szczyptą kminku i pieprzu czarnego. Musieliśmy również stoczyć walkę z napojami do obiadów, które chciały opuścić butelki szybciej, niż nadążaliśmy je spijać. Nie bez kozery nazwa „Bieg rzeźnika”. Oczywiście my ten bieg wygraliśmy. Tak samo, jak drugi żeton na prysznic (który okazał się rankiem lodowaty).

„Pójdę w połoniny, W roztańczone bujne trawy…”

W tym dniu czekało na nas to, co w Bieszczadach najbardziej unikatowe – połoniny. To rozległe, trawiaste hale górskie występujące w Bieszczadach powyżej górnej granicy lasu na wysokościach 1100-1200 m. n. p. m. Choć kojarzone z naturalnym krajobrazem, powstały głównie w wyniku wielowiekowej działalności pasterskiej Bojków (od XVII wieku), którzy wykarczowali szczytowe partie gór pod wypas bydła i owiec. Słowo pochodzi z języka wschodniosłowiańskiego i oznacza miejsce „płone”, czyli puste, nieużyteczne pod uprawę roli. To właśnie połoniny i ich ochrona były powodem utworzenia 4 sierpnia 1973 roku Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Kilkukrotnie powiększany, teraz plasuje się na 3 miejscu pod względem powierzchni w Polsce, oraz jest największym Parkiem Narodowym w górach. Oprócz flory, unikatowa na skalę kraju jest również fauna.

Tylko w tym regionie występują te 3 drapieżniki – niedźwiedź, wilk oraz ryś – jeden z najrzadszych w Polsce gatunków drapieżnika. Bieszczady są również uważane za główną i najliczniejszą ostoję żbika europejskiego w Polsce. Charakterystycznym dla tych terenów jest również gatunek konia huculskiego – to niezwykle silna, długowieczna (ponad 30 lat) i łagodna rasa górska idealna do turystyki konnej i hipoterapii. W Bieszczadzkim Parku Narodowym wytyczonych jest około 80 km szlaków konnych. Ornitofauna BdPN liczy ponad 140 gatunków ptaków – liczba ta pewnemu kursantowi podczas referatu pomyliła się z liczbą gatunków węży, co zostanie mu zapamiętane na wieki. Pamiętał natomiast poprawnie, że w BdPN mieszka największy gatunek węża w Europie – wąż eskulap, który osiąga 2,5 metra długości.

Wracając od faktów, do przygód kursantów – szlak na Smerek przez Przełęcz Orłowicza, który stanowił dzisiejszy cel wędrówki był spektakularnie piękny, słoneczny, zimowy i bajkowy. Jak widać na zdjęciu poniżej, do tego stopnia, że niektórzy kursanci radośnie, na jednej nodze pozowali do zdjęcia, zupełnie niczym różowe flamingi, towarzyszące nam przez resztę obozu. Na szczycie czekały oczywiście panoramki. Po ochoczej identyfikacji bieszczadzkich szczytów udaliśmy się w kierunku miejscowości Suche Rzeki, do miejsca noclegu – terenowej stacji edukacji ekologicznej BdPN. Tam, po utęsknionej pulpie, czekał na nas wielki, interaktywny ekran dotykowy, na którym wyświetlona była mapa topograficzna Bieszczadów, a my dostaliśmy za zadanie ułożyć kilkudniowe wycieczki dla określonych grup turystów. Były to grupy górników, harcerzy oraz emerytek, czule określonych jako „Róże różańcowe”. Po ułożeniu planu, prezentowaliśmy go na ogromnej, interaktywnej mapie przed resztą Skałkowych. Było to naprawdę ciekawe doświadczenie, porównywane przez kursantów do goszczenia w amerykańskiej bazie NASA.

Niesamowite osobliwości przyrodnicze i niespotykane warunki atmosferyczne

Kolejne dni spędziliśmy na dalszej wędrówce bieszczadzkimi szlakami. Na swej drodze mijaliśmy prawdziwe cuda przyrody i natury. Pierwszym z nich był wodospad Szepit na potoku Hylatym, w dalszej części wędrówki żeremie bobrowe, przy którym oczywiście dowiedzieliśmy się ciekawostek na temat życia tych zwierząt. Dzień ten zakończyliśmy w studenckiej Kolibie na Przysłupie Caryńskim. Tam, oprócz wyjątkowo pysznego jedzenia po najdłuższym kilometrowo z dni wędrówki, czekał na nas wyjątkowo bieszczadzki, górski i przyjazny klimat. Wolny czas spędziliśmy, a jakże – przy planszówkach, szachach oraz oczywiście przy dźwiękach gitary, wspólnie śpiewając bieszczadzkie piosenki.

Następny dzień przyniósł nam doświadczenie, którego większość do tej pory jeszcze nie doświadczyła – trekking szlakiem przez Połoninę Caryńską w wietrze tak silnym, że pomimo obecności kilkunastokilogramowych plecaków na plecach, trudno było ustać na nogach. Uśmiechom widocznym spod oszronionych kapturów nie było końca, a okrzyk na szczycie „Kim jesteście?! ZWYCIĘZCAMI!” pozostał w grupie Skałkowych do dziś, wykrzykiwany przed egzaminami.

„Bo nawet kiedy pada, Cudnie jest w Bieszczadach”

Cytując w tytule wers zespołu Wołosatki możemy wyrazić w stosunku do niego pełną aprobatę z perspektywy czasu. Bowiem kolejne dni zaskoczyły nas (dość obfitym) deszczem, a przygotowane rakiety śnieżne musieliśmy zamienić na parasolki. Nieprzemakalne szefostwo oczywiście było przygotowane na tę ewentualność. Reszta kursantów, wspomagając się nawzajem posiadanym wyposażeniem przeciwdeszczowym, również nie przestraszyła się spadających strug wody i w śpiewających nastrojach zdobyliśmy najwyższy szczyt Bieszczadów – Tarnicę. Widoki ze szczytu nie powalały, ale to przecież nie o nie chodzi w drodze na szczyt. Przy zejściu do Wołosatego, w którym to kończy się Główny Szlak Beskidzki, słońce świeciło już w pełnej krasie. To metaforyczny dowód na to, że po burzy zawsze wychodzi słońce. Kolację jedliśmy w wyśmienitych nastrojach, a zjedzenie całego zaserwowanego schabowego okazało się dla niektórych najtrudniejszym wyzwaniem tego dnia.

Nazajutrz wyruszyliśmy w kierunku Małej i Wielkiej Rawki, natomiast warunki atmosferyczne i leciutkie zmęczenie pośród grupy skłoniły nas do zmiany planów i zawrócenia w stronę jednego z największych symbolów Bieszczadów – Chatki Puchatka. To najwyżej położony (1228 m n.p.m.) schron turystyczny w Bieszczadach, zlokalizowany na Połoninie Wetlińskiej, działający od 1967 r. Związana z nim jest postać Ludwika Pińczuka, bardziej znanego jako „Lutek”. Zdecydowanie godnym polecenia jest film biograficzny „Śniła mi się Połonina”, opisujący jego życie i działalność w Bieszczadach.

Po drodze do Chatki spod Przełęczy Wyżnej minęliśmy dwa pomniki. Pierwszym z nich był pomnik poświęcony ofiarom gór i ratownikom niosącym im pomoc. W tym dniu szczególnie podziękowaliśmy im za ich obecność oraz nieocenioną pomoc. Drugim był pomnik Jerzego Harasymowicza – poety, który sporą część swojego życia spędził w Bieszczadach będąc niezwykle wrażliwym na piękno gór. To właśnie jego słowami celebrujemy w SKPB najbardziej patetyczne momenty, odśpiewując kołowy hymn, rozpoczynający się słowami „W górach jest wszystko co kocham. Wszystkie wiersze są w bukach. Zawsze kiedy tam wracam. Biorą mnie klony za wnuka.”

Po kolacji w kultowej Siekierezadzie, wieczorem w Wetlinie wysłuchaliśmy referatu o artystach i muzykach bieszczadzkich, przedstawionego przez Mateusza w wyjątkowym towarzystwie Majstra Biedy, na jego słynnej ławeczce. Nie mogliśmy sobie wyobrazić bardziej klimatycznego i symbolicznego zakończenia wspaniałej przygody Skałkowych w cudownym regionie Bieszczadów. Pozostanie w naszych pamięciach na długo, a fakt, że obóz letni stanowiący nasze przejście przewodnickie odbędzie się również na tych terenach, wprawił nas w ogromną radość.

Tekst, zdjęcia: Paweł „El Flamingo” Hamela
Redakcja, korekta: Paweł Pisarek

Jak korzystamy z ciasteczek?

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. "ciasteczek") w celach statystycznych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do Twoich potrzeb. Możesz zaakceptować pliki cookies albo wyłączyć je w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.