W kapeluszu z lepiężnika przez Beskid Wyspowy
Każdy długi weekend to doskonała okazja do nieco dłuższego wyjazdu kursowego. Nie inaczej było w trakcie Bożociałówki, kiedy to kursanci Kursu Szczawiowego wybrali się na szlaki i bezszlaki Beskidu Wyspowego!
Podczas wyjazdu zwanego „Bożociałówką” obraliśmy klarowny kierunek „naprzód” i tak oto znaleźliśmy się w Beskidzie Wyspowym. Tym razem pogoda nie była naszym sprzymierzeńcem i od samego początku witała nas, a to mżawką, a to siąpaniem, dżdżeniem, czy też po prostu deszczem, w którym ochoczo rozbrzmiewała piosenka Czerwonych Gitar zatytułowana Ciągle pada. Myliłby się jednak ten, kto sądził, że znaliśmy jej słowa. Może inaczej, słowa znaliśmy, ale pojedyncze, niezlepione z całością i nie układające się w nic sensowego. To wszystko jednak do czasu, kiedy to za punkt honoru obraliśmy sobie naukę tekstu. Tak oto maszerując w rytm Ciągle pada, wystukiwanego przez krople deszczu na naszych prowizorycznych kapeluszach z lepiężnika, powtarzaliśmy tekst piosenki linijka za linijką, co rusz podziwiając kunszt pisarski, a to zbitki głosek, a to ciekawe metafory.
Dobra, mija pierwszy akapit, a o górach tylko tyle, że udaliśmy się w Beskid Wyspowy. Trochę nie przystoi to przyszłym przewodnikom, którzy zamiast zachwytu nad pięknem otaczającej przyrody, podziwiają kunszt pisarski (nie pytajcie proszę, ilu polonistów znajduje się na pokładzie naszego kursu) piosenki z lat 70. ubiegłego stulecia. Nic jednak bardziej mylnego, nie ignorowaliśmy otoczenia, po prostu wraz z kolejnymi kroplami deszczu wsiąkaliśmy w nie. Niektórzy z nas zasymilowali się z przyrodą do tego stopnia, że przybrali postać Lepiężnika.

(W drugim rzędzie po prawej wyłania się Lepiężnik w formie zmory)
Piosenka tak mocno wryła się nam w głowę (a przynajmniej części grupy), że ciągle mam ją w uszach, w głowie, i jak widać „w klawiaturze”. Czekam z niecierpliwością, aż będziemy śpiewać za Anną Jurksztowicz „barometr zjeżdża w dół”, za Maanam „czekać na wiatr co rozgoni / ciemne skłębione zasłony” i wolę dalej nie wybiegać w ten repertuar. Wróćmy wreszcie do gór!
Swoją przygodę rozpoczęliśmy od parkingu pod szkołą w Lubieniu, skąd część samochodów została przetransportowana do Wiśniowej, aby usprawnić nasz powrót do domu, który odbyć się miał za kilka dni. W myśl Tomasa Espedala pozostało już tylko „zarzucić plecak na grzbiet, wyruszyć, iść otwartym szlakiem”, i tak też zrobiliśmy, ruszając szlakiem żółtym(!) wprost na Luboń Wielki. Co jakiś czas robiąc przerwę, a to na założenie peleryn i wyciągnięcie parasolek, a to na taniec w deszczu, a to na ściągnięcie peleryn i złożenie parasolek, a to na założenie… Ważna jednak była dla nas droga i to, gdzie ona prowadzi. A prowadziła nas do Schroniska PTTK na Luboniu Wielkim przez grzbiet Zembalowej/Zębalowej (klasycznie zostaliśmy oszukani przez austro-węgierskich kartografów). Następnie szlakiem zielonym przez Krzeczów, gdzie czekało nas niemałe, ale miłe zaskoczenie.

(„robiąc co jakiś czas przerwę, a to na założenie peleryn i wyciągnięcie parasolek, a to na taniec w deszczu, a to na ściągnięcie peleryn i złożenie parasolek, a to na założenie…”)
Tu, gwoli wyjaśnienia: na pewnym etapie kursu w grupie można wyłapać zarówno fanatyków historii cmentarzy pierwszowojennych, jak i wielbicieli architektury drewnianej ze szczególnym zamiłowaniem do kościołów i synagog. I mniej więcej są oni ukontentowani w równym stopniu na każdym wyjeździe, bowiem zawsze trafi się jakiś kościół, i zawsze trafi się jakiś cmentarz. Tym razem już pierwszego dnia, a nawet w jego połowie, przechodziliśmy obok kościoła Świętego Wojciecha Biskupa i Męczenników, który ku naszemu zaskoczeniu był otwarty. I tak nieplanowany postój zamienił się w spotkanie z pełną pasji siostrą zakonną, która zaprosiła nas do środka, a także opowiedziała o historii przybytku. To nie było jednak standardowe oprowadzanie i historia wykuta na pamięć, to prawdziwy zachwyt aniołkami, które mają takie „ładne pazurki”, XVI-wiecznym obrazem Matki Boskiej zwanej Krzeczowską, i dzielenie się własnymi odkryciami, jak np. informacją o tym, że podczas renowacji ambony odkryto, iż obrazy zostały namalowane na świńskiej skórze. Warto dla porządku nadmienić, że Kościół w Krzeczowie funkcjonuje od 1765 r., a dokładnie od momentu przeniesienia go z nieodległej Łętowni (proces ten trwał 5 lat!) i jest elementem Małopolskiego Szlaku Architektury Drewnianej.



Ciekawą przerwę zakończyliśmy szybką kawą przygotowaną dzięki uprzejmości wspomnianej wyżej siostry zakonnej, która podzieliła się z całą grupą wrzątkiem. I tak bez większych przygód w dalszym ciągu dnia (z drobnym wyjątkiem na podziwianie południowych stoków Lubonia) ruszyliśmy bezszlakiem w kierunku właściwego już (niebieskiego) szlaku wiodącego do schroniska, gdzie czekało nas rozkładanie namiotów i rozpalanie ogniska. Kursowi koledzy wykorzystali żar pozostawiony przez poprzednią ekipę goszczącą w tym miejscu i w pierwszej kolejności na ruszcie podsuszyli kawałki wilgotnego drewna. W blasku i cieple ogniska, tym razem zamiast pulpy żywiąc się kiełbasą, słuchaliśmy referatów przygotowanych przez kursantów oraz podsumowania dzisiejszych prowadzeń.

Nazajutrz mogliśmy zobaczyć w pełnej krasie niejednoznaczne w ocenie schronisko. Dlaczego? Ano jedni chwalą za zachowanie przedwojennego klimatu wnętrz i brak infrastruktury (łazienka, bieżąca woda, prąd), pozostali umieszczają je na ostatnim miejscu w rankingu schronisk. Dla nas z pewnością ciekawy obiekt historyczny z salą, która zapewnia widoki na cztery strony świata – niestety, nie było nam dane wejść do środka.

(Schronisko PTTK na Luboniu Wielkim)
Jednak kto rano wstaje, ten nie tylko przygotowuje śniadanie dla grupy, ale ma szanse rozumieć, skąd wzięła się nazwa Beskidu Wyspowego, a nawet lepiej – widzi na własne oczy, jak z morza mgieł wyłaniają się gdzieniegdzie małe wysepki. Po nieśpiesznym śniadaniu i zwinięciu namiotów przyszła pora na pierwsze podczas wyjazdu panoramki! Beskid Wyspowy ma ten zasadniczy plus, że opisywanie widoku jest dość proste, jeśli tylko dobrze zorientuje się mapę. Każdy szczyt jawiący się jako samotna wyspa odcięta z każdej strony dolinami sprawia, że bez trudu udaje się zlokalizować „nazwy z map” w rzeczywistości, a wodzenie palcem po barwnej karcie zaczyna przynosić tę dziką radość z „widzę i wiem”, kiedy to znak pokrywa się z rzeczywistością i to dosłownie na naszych oczach. Stąd też Beskid Wyspowy jawi się jako świetne miejsce do ćwiczenia umiejętności „czytania szczytów”.

(Antonii wskazuje najbliższy cel naszej wędrówki – Szczebel)
Przyjemności na bok, trzeba iść. I wyruszyliśmy ku Mszanie Dolnej słuchając z uwagą o specyficznej i unikalnej rzeźbie terenu, która jest wynikiem tzw. inwersji rzeźby. W dużym uproszczeniu zachodzące procesy geologiczne i geomorfologiczne począwszy od sfałdowania fliszu karpackiego poprzez erozje i wietrzenie aż po osuwiska spowodowały, że dawne wypukłe formy geologiczne (antykliny) przerodziły się w doliny, zaś dawne obniżenia (synkliny) przekształciły się w wypukłe grzbiety i wzniesienia. Choć Beskid Wyspowy przepięknie w morzu mgieł wygląda na zdjęciach, tak wdrapywanie się na jego szczyty w rytmie „wejście i zejście do doliny” bywa męczące, a nawet dość niebezpieczne podczas deszczu. Tym samym chcąc uniknąć stromego zejścia czarnym szlakiem wiodącym ze Szczebla do Mszany Dolnej – po raz kolejny postawiliśmy na bezszlak wzdłuż potoku, gdzie rzeźba terenu wydawała się łagodniejsza.


To właśnie w drodze do Mszany Dolnej wzięliśmy sobie za punkt honoru nauczenie się tekstu piosenki, która tak świetnie współgrała z rzeczywistością naszego marszu. Jak wiadomo nie od dziś – muzyka łagodzi obyczaje, ale dodaje też otuchy i zdecydowanie uprzyjemnia marsz, a przynajmniej tej części grupy, która nie ma wysublimowanego gustu i akceptuje… powiedzmy, że inwencje twórczą. Po dotarciu do Zespołu Szkół Ponadpodstawowych im. inż. Józefa Marka odstawiliśmy ciężkie plecaki i ruszyliśmy na zasłużoną przerwę obiadową w pobliskiej knajpce. To nie był jednak koniec naszego dnia, choć czas zaczął szybko się kurczyć wyruszyliśmy na miastówkę po Mszanie Dolnej. Przestrzeń miasteczka szybko zaczęła odsłaniać swoje warstwy: od neogotyckiej bryły kościoła Michała Archanioła, przez cmentarz pierwszowojenny nr 363, aż po pełen wiekowych drzew park dworski z XVIII-wiecznym spichlerzem folwarcznym. Każdy z nas, zmęczony pionami Beskidu, łapał tu oddech, chłonąc historię miejsca. Po powrocie do naszej bazy, okazało się, że mimo zmęczenia garstka osób wciąż ma siły na wspólne śpiewanki, tym razem w nieco innym rytmie niż Czerwone Gitary

(Witraże wewnątrz kościoła Michała Archanioła w Mszanie Dolnej)
Następnego dnia okazało się, że Beskid Wyspowy ma wiele wspólnego z morzem i nie chodzi wcale o te wyspy… W drodze na Lubogoszcz omawiając Główny Szlak Beskidu Wyspowego, jedna z osób użyła trafnego porównania, że w sumie szlak ten nie przypomina klasycznej pętli (a bywa pętlą określany), co raczej coś na kształt przejechanej rozgwiazdy. Jeden rzut oka na mapę i odtąd uczestnicy kursu na teście Rorschacha będą dostrzegać w plamach wyłącznie przebieg Głównego Szlaku Beskidu Wyspowego.

Zmierzając ku szczytowi Wierzbanowskiej Góry zahaczyliśmy również o słynny dworzec (choć prawidłowo rzecz ujmując to: przystanek kolejowy) w Kasinie Wielkiej, który przez wiele lat stanowił scenerię filmową dla takich produkcji, jak choćby:
Karol. Człowiek, który został papieżem, Lista Schindlera, Szatan z siódmej klasy, Katyń.
Jednak to nie jego filmowa sława przywiodła nas w to miejsce. A co takiego? Oczywiście, że historia! Stacja ta była jednym z punktów kolei transwersalnej biegnącej od Czadcy (współcześnie Słowacja) do Husiatyna (współcześnie Ukraina) i to w dodatku najwyżej położona! Tutaj jednak trzeba coś wyjaśnić, bo chodzi o najwyższy punkt linii kolejowej 104 – nie zaś całej kolei transwersalnej, jak mylnie pokutuje przekonanie. Współcześnie budynek dworca został przerobiony na pokoje gościnne i apartamenty do wynajęcia, a tory? Zniknęły. W ich miejsce pojawią się nowe, umożliwiające sprawną podróż m.in. do Krakowa, choć na to trzeba będzie poczekać do 2030 r. Budynek dworca zachował jednak swój charakter, czyli: żółty tynk, boniowanie, ryzalit i dach naczółkowy.
I tak bez większych przeszkód, ale z zahaczeniem po drodze o sklep dotarliśmy do Wierzbanowskiej Góry, gdzie czekała nas niespodzianka w postaci pustej Bacówki i… ponownie żarzące się ognisko. Tym razem jednak brakowało nam drewna, las zdawał się być przebrany z każdej możliwej strony, a jednak… Kasia z Bartkiem „upolowali” całkiem niezłą ilość surowca, która na spokojnie wystarczyła zarówno na kolację, omówienie prowadzeń przy ognisku i śpiewanki!
Ostatni dzień zapowiadał się wyjątkowo. Nie tylko ze względu na to, że nic nie zapowiadało deszczu, ale to właśnie w tym dniu miała dołączyć do nas Paulina (zwana zielarką z Mszany, którą możecie znaleźć na Instagramie po nicku: górskiezmysły). Spacer z Pauliną miał wyczulić nas na mijane każdego dnia zioła, a jego zwieńczeniem miały być warsztaty z tworzenia naturalnych olejków przeciwko kleszczom i komarom. Także od samego rana wypatrywaliśmy już różnych roślin na łące i tak dostrzegliśmy m.in. przetacznika ożankowego, czy też podkolana białego.

Z Pauliną spotkaliśmy się zaraz po zejściu z Wierzbanowskiej Góry i ruszyliśmy w kierunku Ciecienia, chłonąc opowieści o prozdrowotnych właściwościach mijanych ziół. W nasz botaniczny trans co chwilę wkraczała bez zapowiedzi beskidzka fauna. Ledwo Paulina zaczęła opowiadać o dziko rosnącej lebiodce pospolitej, czyli polskim oregano, gdy w środek opowieści bezczelnie wtargnęła jaskrawożółta salamandra plamista. Chwilę później, dostrzegając szczaw polny i podążając w jego kierunku drogę zagrodziło nam truchło bażanta (swoją drogą uknuliśmy nowe określenie na martwe zwierzę, a mianowicie nazywaliśmy je „zmartwiony”). I tak zanim dotarliśmy na Ciecień, by przeprowadzić wyczekiwane warsztaty zapachowe, nasza uwaga została porwana najpierw przez harcujące na drzewach łasice, a potem startującego paralotniarza.

Na szczycie Ciecenia dostaliśmy krótką instrukcję na temat tego, jak odblokować zatoki i udrożnić nozdrza, a potem jak przywrócić równowagę zapachową, gdy wszystko zaczyna mieć identyczną woń. Poznaliśmy ponad 14 zapachów wśród których była m.in. kocimiętka, drzewo herbaciane, anyż, tatarak itd. Każdy z tych zapachów miał swoją historię i znaczenie, podobno nuta wanilii w perfumach sprawia, że dostajemy więcej komplementów, kto wie… Zasadniczą zaletą tych zapachów było też to, że podobno kleszcze i komary się ich nie imają! Każdy według własnego gustu skomponował swój idealny zapach z połączenia różnych olejków. I tak po zakończonych warsztatach nieśpiesznie zmierzaliśmy ku Wiśniowej, co jakiś czas robiąc przerwę, a to na podziwianie flory, a to na podziwianie fauny (trafiły nam się nawet podlotki modraszki).


W samej Wiśniowej zobaczyliśmy niepozorną drewnianą synagogę z początku XX wieku, mieszczącą się w budynku na kształt stodoły, który dziś stoi opustoszały, ale w planach jest wykorzystanie jego wnętrza na ośrodek historyczno-kulturalny. Zahaczyliśmy również o Kościół pw. Świętego Marcina i nim rozeszliśmy się w swoje strony, tłumnie ruszyliśmy na lody, a potem na omówienie ostatnich prowadzeń tego wyjazdu i… nie zgadniecie: tak, tuż przed samochodami lunął deszcz.
Uff, to już koniec. Niech czytelnik wybaczy moją przypadłość, ta za słowami Tadeusza Sławka, sprawia, że: „nawet jeśli określi swoją tematykę, »zawsze znajdzie się poza przedmiotem«, »zbłąka się z drogi«, a »myśli trzymają się siebie« raczej niż z góry wyznaczonego tematu”. Do zobaczenia na górskich szlakach.
Tekst: Ostatni Czytelnik
Redakcja: Paweł Pisarek
Zdjęcia: Kursanci