„I był Beskid i były słowa…” – Kursu Szczawiowego do krainy łagodności podróż
Wakacje dobiegły już końca. Dni są coraz krótsze, słońce z mniejszą śmiałością muska nasze twarze, a wieczorne chłodny szepczą: niechybnie nadchodzi jesień. Spróbujmy jednak ocalić ostatnie tchnienie lata i przenieśmy się wspomnieniami w stronę magicznego Beskidu Niskiego, gdzie Kurs Szczawiowy miał okazję spędzić kilka dni w ramach letniego obozu szkoleniowego.

Nasza wakacyjna przygoda zaczęła się pewnej lipcowej soboty na dworcu PKP w Katowicach, skąd ruszyliśmy w kierunku Tarnowa. Jest coś niesamowitego w podróży pociągiem – senny stukot kół, zmieniający się krajobraz za oknem, gwar rozmów… O tak, nic nie kojarzy się bardziej z wakacyjną beztroską niż podróż pociągiem! Pełni beztroski więc i w świetnych humorach dotarliśmy na miejsce.
Nasz krótki pobyt w Tarnowie zaczęliśmy od zwiedzania Starego Miasta, a następnie – już w podgrupach – oddaliśmy się turystyce gastronomicznej; czekała nas jeszcze długa podróż do Uścia Gorlickiego, więc warto było wcześniej coś zjeść. W Uściu Gorlickim kończył się etap podróży środkami komunikacji publicznej, a zaczynał się pierwszy etap podróży pieszej (jak na adeptów sztuki przewodnickiej przystało). Jej celem w tym dniu był Regietów i znajdująca się tam baza namiotowa prowadzona przez SKPB Warszawa. Na nocleg dotarliśmy sprawnie. Następnego dnia… Nie, tym razem nie będzie typowego sprawozdania z obozu. Tym razem chciałabym, aby czytelnicy przede wszystkim poczuli choćby namiastkę realizmu magicznego, którym wypełniony jest każdy zakątek Beskidu Niskiego. Z tego powodu skupię się na opisie wybranych tylko miejsc, a akcent położę na wrażeniach i odczuciach, jakie towarzyszyły nam, gdy je odwiedzaliśmy.
Zaduma
Jeśli miałabym wskazać jedno słowo trafnie oddające stan emocjonalny, który najczęściej pojawiał się podczas wędrówki szlakami Beskidu Niskiego, to byłaby to zaduma. Świadomość dramatycznej momentami historii Beskidu Niskiego kontrastującej z jego bujną, niemal dziewiczą przyrodą, niejednokrotnie skłaniały do refleksji nie tylko nad losami ludzi niegdyś zamieszkujących te tereny, ale też nad ogólną egzystencją człowieka i jego przemijaniem.
Takim pierwszym miejscem, które najpewniej wielu z nas mogło skłonić do rozmyślań, był położony na szczycie Rotundy cmentarz wojenny nr 51 – jeden z punktów na naszej trasie z Regietowa do Bartnego. Obiekt został zaprojektowany przez słowackiego architekta Dušana Jurkoviča i nawet współcześnie robi niesamowite wrażenie. Centralnym punktem cmentarza jest pięć zwieńczonych krzyżami drewnianych wież, które nadają otoczeniu odrobinę tajemniczości. Cmentarz stanowi miejsce spoczynku 42 żołnierzy austro-węgierskich oraz 12 żołnierzy rosyjskich. Pochowanie w jednym miejscu żołnierzy walczących po różnych stronach konfliktu w dojmujący sposób przypomina, że w obliczu śmierci wszyscy jesteśmy równi – bez względu na nasze przekonania i wyznawane idee.



Śladami Łemków
Beskid Niski to obszar niegdyś zamieszkiwany przez Łemków, którzy w wyniku akcji Wisła zostali zmuszeni do opuszczenia swojej małej ojczyzny. Nadal można tu jednak natrafić na ślady ludności łemkowskiej: krzyże, kapliczki, pozostałości dawnych wsi, cerkwie. W niektórych miejscach symbolicznie upamiętniono dawnych mieszkańców tych terenów za pomocą instalacji „Drzwi do zaginionego świata”. Można je podziwiać m.in. w Nieznajowej i Radocynie – nieistniejących już wsiach łemkowskich. Szalenie ciekawym doświadczeniem obcowania z kulturą łemkowską był nocleg w chyży łemkowskiej znajdującej się w Zawadce Rymanowskiej. Chyża – nad którą opiekę sprawuje SKPB Lublin – została wprawdzie przystosowana do przyjmowania turystów, jednak nadal pozwala poczuć klimat łemkowskiego domostwa.



Cerkwie
Cerkwie stanowią stały element krajobrazu Beskidu Niskiego. W trakcie obozu mieliśmy okazję zwiedzić ich kilka, mnie jednak najbardziej urzekła maleńka, niezwykle malowniczo położona cerkiew Przeniesienia Relikwii św. Mikołaja w Olchowcu, do której prowadzi zabytkowy, kamienny mostek z XIX wieku. Kameralny charakter miejsca, otoczenie przyrody i spokój sprzyjają religijnej (i nie tylko) kontemplacji.



Bliskość natury
Nigdzie nie ma takich łąk jak w Beskidzie Niskim – pełnych kwitnących kwiatów i miękkich traw, które zapraszają wędrowców do odpoczynku. Kto raz odwiedził Beskid Niski, ten już na zawsze zrozumie, dlaczego Jerzy Harasymowicz szczególnie umiłował tę krainę łagodności.



Śladami polskiej kinematografii
W siódmym dniu naszej wędrówki zawitaliśmy do Jaślisk – najbardziej filmowej wsi całego Beskidu Niskiego. To właśnie tu kręcono sceny do filmów: „Boże ciało” oraz „Wino truskawkowe”. Tego wieczoru wreszcie mogliśmy porządnie zjeść (po kilku dniach wędrówki była to przemiła odmiana), a także obejrzeć wspomniane „Wino truskawkowe”. Same Jaśliska zwiedzaliśmy następnego dnia. Nasz przewodnik przybliżył nam historię wsi i jej charakterystycznej, drewnianej zabudowy. Nie mogło się również obyć bez zwiedzania kościoła św. Katarzyny Aleksandryjskiej oraz kapliczki na Łamańcach.



Z Jaślisk, z burzowymi przygodami, dotarliśmy na nasz ostatni nocleg w Wisłoczku. Następnego dnia mieliśmy do pokonania krótką trasę do Rymanowa-Zdroju, skąd busikiem dotarliśmy do Katowic. I tak oto nasza podróż po magicznym Beskidzie Niskim dobiegła końca…
Tekst: Aleksandra Domogała
Zdjęcia: Kursanci
Redakcja: Paweł Pisarek