Tatry zdobyte!

Tekst: J. Bogucki, zdjęcia: J. Bogucki i M. Herman

Czy wiecie, że można odwiedzić Tatry, nie trudząc się pokonywaniem 275 km znakowanych szlaków, które w nich oznakowano? Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich z Katowic pokaże Wam, że jest to możliwe w zdecydowanie szybszy sposób, zarówno pod względem czasu, jak i dystansu! Oczywiście „krócej” nie zawsze oznacza „bezpieczniej”, o czym mogliśmy się niejednokrotnie przekonać. W tym miejscu warto odnotować, że Beskidzkie Tatry to miejsce magiczne, łączące cały świat w jednym Małym miejscu.

Trasę zaczęliśmy w „Mieście Grzechu”, czyli Las (Vegas).

Uzbrojeni w historyczne, metalowe nakrycia głowy, ruszyliśmy mniej więcej w kierunku naszego upragnionego celu.

Po drodze czekały na nas zarówno niebezpieczne półki skalne, jak i zdradzieckie lodospady. Jednak żadna z tych przeszkód nie była w stanie zatrzymać nas przed zbliżaniem się do celu.

Nie cofnęliśmy się nawet na widok strzępów naszych kompanów, które tylko dodawały grozy całej wyprawie, ale również napędzały nas do jeszcze większego wysiłku.

Po pewnym czasie doszliśmy pod szczyt Tatr. Związani razem linami, by nie utracić żadnego z towarzyszy, osiągnęliśmy upragniony szczyt.

Jeden ze śmiałków chcąc sprawdzić, czy z Beskidzkich Tatr można zobaczyć olbrzymy z Podhala, wdrapał się na najwyższe drzewo. Taka specyfika Beskidzkich szczytów, że pokrywają je gęste lasy. Niestety okazało się, że Beskidzie Tatry nie należą do najwyższych i nawet z drzewa próżno było ich szukać wzrokiem… No cóż, może w przyszłym roku się poszczęści…

Część z opisanych powyżej historii została przedstawiona z pominięciem ich chronologii, jednak wszystkie wydarzyły się naprawdę. Gdzie? W Małym, Beskidzie Małym.

Wydarzyło się jakiś czas temu, z udziałem Donki, Dominika, Janusza, Jacka, Krzyśka, Mariusza, Mateusza i Roberta.

Spotkanie z Rafałem Bielawą

Rafał Bielawa podczas spotkania. Naszego gościa wyróżniają krótkie spodnie.

We wtorek 18 lutego odwiedził nas Rafał Bielawa – ultramaratończyk, rekordzista na trasie GSB, którą pokonał w 108 godzin i 55 minut. Nasz gość do Katowic przybył z rodziną: żoną i sympatyczną dwójką dzieci. Nim jednak mogliśmy porozmawiać w katowickim COP o biegach górskich, państwo Bielawowie zwiedzili Nikiszowiec (samodzielnie) i wystawę historyczną w Muzeum Śląskim (z jednym z naszych przewodników). Jak potem powiedzieli, zarówno Nikisz, jak i muzeum zrobiło na nich duże wrażenie i miejmy nadzieję, że te słowa nie były przejawem zwykłej kurtuazji.

Podczas spotkania w COP Rafał Bielawa opowiedział o tym, jak zaczęła się jego przygoda z biegami górskimi (był to sposób na… rehabilitację kolana po kontuzji), a potem wysłuchaliśmy wzbogacanej slajdami opowieści nie tylko o “Głównym Beskidzkim”.

Oto co m.in. usłyszeliśmy.

O biegach długodystansowych. Do uzyskania dobrych wyników potrzebne są trzy rzeczy: trening, taktyka i głowa. Trening? Na przykład jedenaście razy w ciągu dnia wbiec na Ślężę i z niej zbiec, w ciągu roku przebiec ogółem 6 tysięcy kilometrów, poświęcając na to w sumie cały miesiąc. Taktyka? Dobrze rozpoznać trasę biegu i zaplanować czasy, w jakich mamy je pokonać.

O GSB, dlaczego pokonał go z zachodu na wschód? Bo część wschodnią zna lepiej, a lepiej jest “dla głowy” mieć na koniec tą część trasy, która zna się bardzo dobrze.

O GSB, czy można go pokonać poniżej 100 godzin? Tak, to kwestia najbliższego czasu.

O tym, czy trudniej mu biec samotnie, czy w parze. Trudniej we dwóch, bo po pewnym czasie więcej problemów sprawia koordynacja potrzeb uczestników: jedzenia, odpoczynku, snu.

O spaniu podczas takich maratonów. Przed biegiem dobrze jest wyspać się pełne osiem godzin, w trakcie biegu przerwy na krótkie drzemki “oszukują” głowę sugerując, że jest nowy dzień. Na GSB w sumie snu było ok. 10 godzin.

O tym, czy jest chciałby poprawić swój rekord na GSB. Raczej nie.

O wrażeniach z GSB. Biegnąc w dzień i to jesienią miał okazję zobaczyć zwłaszcza Bieszczady w fantastycznych warunkach pogodowych. Poleca każdemu!

O swym ulubionym jedzeniu na trasie. Lody! Do tego parówki i bita śmietana w sprayu.

O tym jak wygląda jego powrót po biegu do codziennego życia. Po pierwsze, gdy się leży strasznie bolą stopy, ale wystarczy przejść kilka kroków i ból mija. Po drugie, człowiek budzi się co kilka godzin i zastanawia się, dlaczego nie biegnie. Wszystko normuje się po dwóch, trzech dniach.

O planach na przyszłość. W marcu 160 km po piaskach Sahary, we wrześniu Pireneje szlakiem GR10: 870 km długości, 50 km w górę, czas – 10 dni.

Rada na koniec dla wszystkich biegaczy górskich. Nikt nie jest nieśmiertelny, pamiętajmy o ubraniu na pogorszenie pogody, o powerbanku i telefonie, folii NRC, latarce i dowodzie osobistym.

Relację przygotował Roman Sojda.

Uzupełnienie. Obecnym rekordzistą na trasie GSB jest Rafał Kot, a rekordowy czas wynosi 107 godzin i 19 minut.

Wielki przełom w beskidzkiej turystyce górskiej – to wejście zapisze się w historii!

Najwyższy szczyt polskich Beskidów zdobywano już na wiele sposobów. Niedawny weekend udowodnił nam, że na Babią Górę można jeszcze wejść w spektakularny i heroiczny sposób!

Panie i panowie, chłopcy i dziewczęta!

Z dumą i nieukrywanym podziwem informujemy, że czworo śmiałków z SKPB w Katowicach w sobotę 14.12.2019 r. po raz pierwszy, w długiej historii beskidzkiej turystyki, zdobyło Diablak z pomocą tlenu w stylu alpejskim! W grupie prekursorów znaleźli się:

  • Krzysztof Słaby, znany ze swojego cyklu „Słabe podróże małe i duże”. Krzysztof tym razem okazał się wcale nie taki słaby, ponieważ przez całą wyprawę niósł butlę z tlenem (a trzeba przyznać, że nie jest to lekka rzecz).
  • Dominik Kaszuba, który może pochwalić się zachowaniem stoickiego spokoju przez cały czas trwania tej wyjątkowej akcji górskiej.
  • Aldona Wawer, jedyna kobieta w zespole. Aldonę wspinaczka rozbawiła do tego stopnia, że pozostali uczestnicy szalonej eskapady, zaczęli podejrzewać, że zamiast tlenu wspomagał ją gaz rozweselający.
  • Jacek Bogucki, pomysłodawca wyprawy, urodzony w Bogucicach (w tym miejscu rodzą się gwiazdy prekursorskich wejść).

Ekipa wyruszyła w pełnym składzie o niesłychanie wczesnej godzinie. Wejście z przełęczy Krowiarki odbyło się w ekspresowym tempie. Raki, czekany, liny; trudne, zimowe warunki i żółta butla z tlenem nie zdołały spowolnić naszych wschodzących gwiazd alpinizmu. Cała czwórka stanęła na szczycie o wschodzie słońca. Podobno ze szczęścia i wzruszenia część z nich uroniła kilka łez, ale nikt tego nie widział, bo potężny mróz zamroził ten dowód zwycięstwa.

Dzielna grupa zdobywców od razu ruszyła w dalszą podróż, by przed wieczorem dotrzeć do bacówki na Hali Górowej i przy wieczerzy w gronie przyjaciół świętować sukces, a następnie zasnąć, okrywając się chwałą.

Cała akcja miała charakter humorystyczny i nie miała na celu nikogo obrazić. Wszelkie podobieństwa do osób, miejsc i wydarzeń historycznych są jak najbardziej nieprzypadkowe.

Serdecznie gratulujemy całej czwórce i życzymy więcej kreatywnych pomysłów!

Relację przygotowała Agata Nowakowska
Zdjęcia: Jacek Bogucki

Czytaj dalej